| |
wywiad z mironem przeprowadza Józef Baran źródło: "Wieści" 1978 nr 42. s. 5. ("Warszawa była mi stale pod ręką") Miron Białoszewski, wybitny poeta i prozaik
współczesny, urodził się 30 lipca 1922 (W Słowniku pisarzy współczesnych (Warszawa
1977) podano datę 30 czerwca 1922 r. Według samego Białoszewskiego
(własnoręczny życiorys) urodził się on 30 lipca 1922 r.) w Warszawie "na rogu ulicy
Leszno i Wroniej" (obecnie mieszka przy ulicy Lizbońskiej na 9
piętrze). Debiutował jako poeta dość późno; swoją pierwszą książkę
wydał mając 34 lata. Obroty rzeczy były dużym wydarzeniem
literackim roku 1956. Następne zbiorki wierszy utrwaliły wysoką rangę
pisarstwa Białoszewskiego i zyskały mu opinię najbardziej oryginalnego
twórcy odrębnej szkoły poetyckiej. W 1970 opublikował Białoszewski
pierwszy tom prozy: Pamiętnik z powstania warszawskiego, za który uzyskał nagrodę Ministra Kultury. W 1973 wyszedł tom miniatur prozą - Donosy rzeczywistości, a w 1976 również tom małych form prozą: Szumy, zlepy, ciągi. Ostatnio ukazał się wybór jego wierszy, nowy zbiór poetycki Odczepić się oraz tom prozy Zawał.
Trzeba wspomnieć, że Miron Białoszewski był
także współzałożycie-lem najmniejszego i najgłośniejszego "teatru
prywatnego" w Polsce, składającego się z trzech osób: Ludmiły
Murawskiej, Ludwika Heringa i Mirona Białoszewskiego. Spektakle były
wystawiane w mieszkaniach prywatnych, a teatr istniał od r. 1955 do
1963. Białoszewski był autorem tekstów i sam grał jako aktor.
W życiu prywatnym jest Białoszewski człowiekiem o dużym poczuciu humoru i dystansie wobec spraw materialnych "tego świata". Lubi prywatność, jak sam mówi, i nie jest
przyzwyczajony do "jawności", czego dowodem była choćby jedna z audycji
telewizyjnych o poecie, w której wystąpili wszyscy oprócz' autora.
("Telewizja wymagałaby zorganizowania swojego wyglądu, a mnie by się
nie chciało ciągnąć go na wierzchu. Poza tym, po co ja się mam trudzić
z mówieniem. Są tacy, co lubią. Moją specjalnością jest pisanie...").
Warto powiedzieć kilka słów o mieszkaniu. A więc
dużo kwiatów i zasuszonych ziół, grube wianki, którymi obwieszone są
ściany, sceneria trochę jakby wyjęta z izby pustelnika lub guślarza.
Ława wzdłuż ściany, w kuchni - jak w kaplicy - święty Nepomucen, kilka
figurek obwieszonych nieśmiertelnikami. Wszystko to w mieszkaniu
spółdzielczym w środku Warszawy. Pan Miron przyrządza herbatę, puszcza
płytę (płyty są jego jedyną pasją zbieracką, nic innego w życiu nie
gromadził), podsuwa ser, wspominamy nasz pobyt w Macedonii na Festiwalu
Poezji w Strudze.
- Może zaczniemy, panie Mironie, tę rozmowę?
- Ale od czego?
- Może w ogóle opowie pan coś o swoim życiu. Czytelnicy to lubią.
- W kilku zdaniach o życiu to trudne. Co tu o życiu? Ja właściwie
wszystko opisałem. Powtarzanie grozi nudnościami. Nie miałem
wyskokowych wydarzeń w rodzaju: służba w lekkiej kawalerii, podróż po
Antarktydzie. Nie miałem. To, co najciekawsze, działo się w wyobraźni.
Bo ja jestem typem kontemplatywnym.
(Chwila milczenia, namawiam Mirona, proponuję zacząć od dziadka i babki, tu Miron się ożywia).
Jak się pan upiera, zacznijmy od dziadka i
babki. Dziadek był stolarzem, drugi - kolejarzem. Obaj łagodni i
powolni, jakby leniwi. Dziadek-stolarz był majstrem, ale marzył o
rzeźbieniu, co mu jakoś nie wychodziło. On wolał czytać książki niż się
szarpać. Miał całą bibliotekę. Moi dziadkowie w ogóle mieli pociąg do
deklamowania. Na łóżku, w którym umarł jeden z nich, ja się urodziłem.
Babka robiła kołdry, a ten zawód po niej
odziedziczyła ciotka. W jednym pokoju z kuchnią mieszkało nas
siedmioro; pamiętam, że pod tymi kołdrami, krosnami siedziałem i
bawiłem się. Ojciec był urzędnikiem, wujek robotnikiem, mieszkaliśmy
razem, to było moje dzieciństwo.
A potem gimnazjum, klasa podwstępna (tak to się
nazywało) i wstępna, jakiś czas chodziłem do powszechniaka, gdy nie
starczyło pieniędzy, pisałem już wtedy powieści, poematy, ukrywałem te
zapiski pod zeszytami; jak wchodziła mama, to udawałem, że odrabiam
lekcje. Kot tylko widział, jak wyciągam po kryjomu zeszyciki i zapisuję.
Mama mówiła, że poeci mają sławę dopiero po śmierci i zakazała mi
kategorycznie pisania. A teraz mama jest ze mnie zadowolona.
No, ale powróćmy do szkoły. W czasie okupacji
uczyłem się na tajnych kompletach. Wtedy do nauki podchodziło się
poważniej: stół, rodzinny nastrój, kilku przerośniętych dryblasów,
skończyły się hece, oszukiwania nauczycieli. To już nie była
szczeniacka sprawa. Potem rok na tajnym uniwersytecie, czyli po
mieszkaniach prywatnych, oficjalnie nazywało się to szkołą handlową.
Czasem przypominała sobie o tym pani Ossowska: "Jakby ktoś przyszedł,
to pamiętajcie, ja wam wykładam reklamy handlowe".
Wybuchło powstanie warszawskie. Zostaliśmy
wszyscy po upadku wywiezieni do Pruszkowa. Niektórzy dostali się do
obozu, mnie skierowano na roboty do Niemiec, konkretnie było to Opole.
Jeszcze Berlin nie był zdobyty, a ludzie już-już na te gruzy. Ojciec
znajomego spotkał. Znajomy zajął pokój u znajomego. No i myśmy tam
poszli. Powybijane szyby, pełno szkła w pokoju i pierza, fortepian
jedną nogą wryty w podłogę. Szyby się wprawiło, szkło i pierze wyniosło
z kamienicy. Potem był ranek, szósta rano, wyglądam - pod oknami bazar.
Co kto ma, to wynosi: stoliki, masło, świece, jabłka, buty. To było
dobre, bo wszyscy sprzedawali, a nie wiem, kto kupował. Ręczniki,
bieliznę, słoninę...
Rano słyszymy przez megafon, że Berlin zdobyty.
Przyszli żołnierze, kazali wyjąć okna, bo będą strzelać na wiwat.
Wystrzelili. Ojciec wziął pierzynę na plecy i pojechał odwiedzić
kuzynkę do Gdańska. Stamtąd już nie wrócił, został z drugą żoną. Życie
było wtedy ruchome. Ja miałem 23 lata i poszedłem pracować na pocztę.
Siedziały tam baby, kiwały się i sortowały listy. Dosiadłem się do nich
i też zacząłem sortować. Oczywiście plotkowało się dużo przy tym
sortowaniu. Na boku był usypany kopiec z "pierożków" radzieckich, czyli
trójkątnych "kopertolistów", zaadresowanych alfabetem rosyjskim. Z
polskimi szło łatwiej, z tymi trudniej. Stos cieniusieńkich
żołnierskich "pierożków" zmniejszał się i po pół roku można było
zauważyć gołym okiem, że znacznie go ubyło. To była praca romantyczna i
życie ciekawe: dziura po windzie, ktoś się upił i wpadł do tej dziury,
brali go na pogotowie.
Kiedy zbuntowałem się przeciw sortowaniu,
zacząłem pracować jako dziennikarz w warszawskim popołudniowcu
"Kurierze Codziennym". Praca wymagała biegania kłusem, latania, dużo
energii. Też prymityw straszny. To były czasy, że samochodów nie było.
Telefonów.
Pracowałem w dziale miejskim. Rano szedłem do
pogotowia, gdzie dowiadywałem się o wypadki, następnie do straży
pożarnej, a jak śnieg padał, trzeba było biec na dworzec i dowiadywać
się, co z pociągami. Redakcja miała jeden samochód z demobilu. Po
godzinach pracy baby się kłóciły, która ma dostać ten samochód. Zawsze,
się obrażały na siebie.
A pisać było o czym. Warszawa się urządzała,
podnosiła z gruzów, niesłychane tematy. Najgrubsze. Nie trzeba było ich
rozwiązywać, tylko do nich nawiązywać. Tam było przyjemnie. Nastrój
dobry,, ale ktoś doszedł do wniosku, że dwa brukowce to za dużo, jeden
rozwiązali, zostałem na lodzie.
No i w ten sposób przeniosłem się do pisma
młodzieżowego, gdzie było inaczej. Przykry okres. Stamtąd wyszedłem po
dwóch latach i już do gazety nie wróciłem. Potem przeżywałem ciężkie
lata. Do Garwolina po kartofle jeździłem, trochę pisałem tekstów dla
dzieci i do piosenek razem z Wandą Chotomską. Ale me szło. Potem nic,
nędza, ale w nędzy -jak to powiedzieć - nie było mi tak źle. Pisałem
wiersze. Oczywiście, nie drukowano mnie. Wreszcie teatr wybuchnął na
Tarczyńskiej. Pisałem teksty, grałem, jednocześnie czasy się zmieniały.
Rok 1956 - to-mik-stypendia-odmiana życiowa. Teatr trwał siedem czy
osiem lat.
Było nas troje. Na każdy program przychodziło
40-50 osób. Różnych. Wstęp wolny. Myśmy nie pytali co? kto? Siadł, póki
było miejsce. Jeździliśmy także poza Warszawę. Płacili nam skromne
honoraria. Jak jechaliśmy we dwoje z Ludmiłą, to czekała mnie zwykle
harówka, dźwigałem wór z kostiumami. W roku 1963 teatr sam ustał.
Teksty z pięciu programów ukazały się w 1971 roku w tomie Teatr Osobny.
- Właściwie cały czas pisał pan o Warszawie. Oczywiście, jest to Warszawa poetycko przetworzona, powiedziałbym - Warszawka...
Piszę o tym, co jest pod ręką. Warszawa jest nieustającym
przypadkiem, bo jest pod ręką. Choć moje pisanie obejmuje też okolice
rzeszowskie, gdzie wyjeżdżałem, różne Garwoliny czy przedmieścia,
podmieścia. Co to jest Warszawa? Kawał ziemi zagrodzonej, napchany
ludźmi. Teraz wydaje mi się, że jest tu nudnawo. Tamta przedwojenna
była ciekawsza, barwniejsza, bogatsza. Potem, po okupacji dużo gruzów,
dużo nieba... Miałem dość nieba, chciałem ludzi; tu gruzy, tam tramwaj
zakręca, takie dziwne, góra z cegieł, wyspa, zamek z lodu. A mnie się
chciało normalnego miasta, dom koło domu. Jak to zrobili, to się
okazało, że tamto było ciekawsze.
I chodzę między tymi blokami wymizianymi,
dziećmi, śmieci nie ma, wszędzie czysto. Przyjechał ktoś z zagranicy i
powiedział: "w Warszawie czysto i drzewa urosły". Ale porządek prowadzi
do wycinania drzew. Nuda. Całość ubetonowana, uschematyzowana, przy
nowoczesnej architekturze konwencjonalnej grozi to zmęczeniem.
Człowiekowi organicznie potrzebne są jakieś starocie. Stąd moda na
starocie. Parę lat po wojnie ludzie byli zapatrzeni na szybkość,
postęp, nowoczesność. No, ale marzenia to marzenia, a spełnienie to
spełnienie.
Przechodzi się obok tej nowoczesności i nic. Jak
się idzie zapchaną, starą uliczką, gdzie tłumy, to ciekawiej. Więc
należy to wyważać. Życie przynosi takie dziwne zaskoki. A ja - jednym
słowem - muszę się tołkować pisaniem...
- Co znaczy "tołkować"?
- M. B. - No, borykać się. Muszę, nie muszę, tak
wypadło. Z tym, że polubiłem ten blok, w którym mieszkam, tę nudę z
ludźmi wpakowanymi w bunkry jedenastopiętrowe i to stało się tematem
mojego pisania. Z nudy coś ciekawego wyciągnąć... Właśnie, gdy z
zagranicy przyjechałem na jedenaste piętro, to dużo większego doznałem
przeżycia niż w Jugosławii. Na tym szarym, bezludnym korytarzu. Ale
doszedłem do wniosku, że Jugosławia z cerkiewkami i meczetami też się
liczy. Bo idę korytarzem i widzę meczety. I robi się spięcie. Metafora,
prościej - przenośnia, czyli pomost między meczetem a korytarzem.
- W wywiadzie z Teresą Krzemień, który ukazał się w "Kulturze",
mówił pan, że w stosunku do siebie nie rozumie słowa "marzenie"...
- Marzenie, co to słowo oznacza? Jakąś sytuację, w której chciałbym
być. Jeśli coś chcę, staram się, żeby było. Nie miałem nigdy w zwyczaju
marzyć o niebieskich migdałach. No, może wyobrażenie sobie? Człowiek
sobie wyobraża, że gdzieś jeździ, kogoś ma. A osobna sprawa to
przypominanie, które sprawia przyjemność. Taki film wyciągany zza
siebie, ale czy to jest marzenie? Człowiek przypomina sobie coś: zapach
peronu z Cegłowa, smoły, i odczuwa przyjemność, i niby tęsknotę. Ale po
chwili pytam siebie, czy chciałbym tam być? Nie! Tajemnica jest w
spięciu, w metaforze. Przywoływanie tego, co chciałoby się, a nie grozi
spełnieniem. To byłoby marzenie, tylko wywrócone do góry nogami.
- Na przykład "Pamiętnik z powstania warszawskiego" powstał z przypomnienia. Ale to nie jest chyba marzenie?
- To skomplikowane bardzo. Takie wyciąganie z przeszłości nieszkodliwych bomb, które mnie już nie zabiją. One są nieszkodliwe, nawet przyjemne... Chociaż, niedawno przypomniałem
sobie, że moim ostatnim majakiem może być pomylenie rzeczywistości z
przypomnieniem i bomba mnie trafi. Bombardowanie wystąpiło parę razy w
snach. A umiera się nieraz w majakach i nawet nie wiemy o tym, jaki był
ostatni majak umierającego.
- Czy czytuje pan współczesnych poetów?
- Jeżeli wpadnie mi w ręce wydarty kawałek
pisma z wierszem. Wtedy czytam i chcę wiersz poprawić, skrócić. Ale to
z nawyku, z odruchu. Tak to nie. Poezja krajowa mnie nie zajmuje, w
ogóle poezja cudza, a do zagranicznej trzeba znać języki. Owszem, z
tych cudzych, starych czasem sobie kawałki poczytuję.
- Istnieje legenda Mirona Białoszewskiego - trochę pustelnika, dziwaka. Co pan na to?
- Legenda Białoszewskiego? Nie wiem, nie
wypada mi o tym mówić. Mnie trudno sobie poradzić z życiem, a pan o
legendzie. Trzeba mieć dużo siły, żeby pilnować tej legendy, swojego
wyglądu, zachowania, gdzie, co, jak. Ja podziwiam tych, którzy mają
siłę do tego. Dla mnie to, co robię, jest naturalne, mam w sobie dużo
lenistwa, to pomaga, nie chcę udawać kogoś innego, przez myśl mi nie
przeszło, żeby udawać kogoś innego. Zresztą w jaki sposób? Napisałem
niedawno wiersze o ciotkach Anielach. Próbowałem się podszyć trochę pod
te ciotki Aniele. To było może trochę udawanie, takie dla zabawy, z
tym, że właściwie pisałem o sobie. A może rzeczywiście ludzie marzą,
żeby być w życiu kimś innym?
- A jednak prowadzi pan dość
dziwny tryb życia i w mieszkaniu jakby inaczej niż u "normalnych"
ludzi: to zielsko, kapliczki, płyty ze starą muzyką...
To jest mi potrzebne, żeby się
odgrodzić. W takim teraźniejszym bloku, akustycznym, gdzie podzwania
echo i słychać, jak sąsiedzi wbijają gwoździe w ścianę, trudno być na
co dzień bez niczego, trzeba się odgrodzić kilkoma przedmiotami: albo
zielskiem, albo płytami. Najpierw było tu pusto, kiedy się wprowadziłem
i właściwie płyty służyły do dźwiękowego odgrodzenia się. Nawet
zielsko, które pachnie i jest do patrzenia, pomaga na oczy, uszy i też
służy do odgrodzenia. No, a storami, żaluzjami można się odgrodzić od
świata. Można sobie robić dzień w nocy i noc w dzień, regulować słońce
i księżyc. Los i ludzie (czytelnicy) oszczędzili mi wstawania o siódmej rano do pracy. Dzięki temu mogę sobie przestawiać pory dnia.
A przyzwyczajenie do leżenia oraz do chodzenia w
nocy mam jeszcze z dawnych czasów. Mieszkałem z lokatorem, tylko w nocy
mogłem pisać, czytać, gdy zasłaniałem żarówkę od strony mojego
współmieszkańca, który spał. I to mi zostało do dzisiaj. A łóżko było
kiedyś jedynym ciepłym miejscem. Pierwsze przeleżenie w łóżku pamiętam
z okupacji. Ciotka się nie podniosła z łóżka i ja zrozumiałem, że leżąc
w nim mogę załatwić niemarznięcie i niejedzenie. Takie świetne wyjście
- nie wstawać. Bieda, nędza, coś trzeba było wymyślać.
- Tym bardziej, że z publikowaniem szło początkowo jak po grudzie...
- Najpierw przed mamą ukrywałem, potem
były trudne czasy dla literatury. Też nie drukowałem. Bo nie można było
drukować normalnych rzeczy. Ale nie ma co żałować, bo odpadły te
najgorsze, a lepsze się uleżały. Drukowanie nie sprzyja chęci pisania.
Jest moment przygotowania do druku, wytrąca się nastrój, ciąg pisania.
Normalnie pisanie w zeszycie ma swoje ciągi. A przygotowanie książki
wymaga cięć, innej kompozycji. Właśnie jestem w świeżej niechęci do
druku. I pomyślałem sobie: może zacząć nie drukować. Niech to leży,
przeszeleszcza się, a za kilkanaście lat można pomyśleć o ujawnieniu;
odsieją się gorsze rzeczy...
- Kłopotów materialnych pan już nie ma?
- Tak, przy moich małych wymaganiach od
życia renta mi w zupełności wystarcza, więc odpada pisanie dla
zarobkowania. Zresztą nigdy pieniądze nie były moim celem. Owszem, jak
dostawałem coś za druk, to dobrze, ale nigdy nie pisałem z myślą o
pieniądzach. To skończymy chyba, wystarczy tego na dzisiaj. Dużo pan
zapisał?
reklama
kasia::2007-11-18 16:25:53 nie ma opisu jaki był duży
Justysia::2007-10-15 09:58:54 Niesamowity ten Białoszewski :) twarde pokolenia. |
|
|