| |
wywiad z mironem przeprowadza Anna Trznadel-Szczepanek źródło: "Twórczość" 1983 nr 9, s. 29-38. ("To, w czym się jest") 2 luty 1983r.
- Tak, więc pani pytała o moje rękopisy na
wystawę w Paryżu. Ja tu szukałem, grzebałem, i potem zaraz doszedłem do
wniosku, że widocznie za dużo piszę i dlatego trudniej jest znaleźć
cokolwiek. Pani powiedziała, że to chyba dobrze, jak się dużo pisze.
- Nie może chyba być za dużo.
- Właśnie, a ja powiedziałem, że
może być za dużo, bo wtedy można zacząć jechać po wyślizganych szynach,
wchodzić na swoje własne, już zajęte przedtem pola. Więc trzeba w
pewnym momencie nie wiem, czy przestać pisać, czy zacząć mało pisać. To
jest bardzo nieprzyjemne, szczególnie kiedy to trzeba zrobić sztucznie,
ale zdarzyło się. Bo nieraz to samo się robi, że się przestaje pisać.
- A czy zdarzało się panu, że celowo postanawiał pan odłożyć pisanie?
- Tak, w zeszłym roku czy dwa lata temu
pisanie prozy. 1 to się trochę mści na samym odstawiaczu pisania, bo
człowiek rdzewieje, tak jest przynajmniej przekonany, po przerwie. Może
też nieprawdziwe, tu trudno w ogóle cokolwiek sprawdzić.
- A czy z pisaniem jest trochę tak jak z grą na instrumencie, że to trzeba ćwiczyć?
- Wydaje mi się, że tak. Poza tym proza to
jest dla mnie ciężka robota, przeważnie. Tak jak dźwiganie ciężkich
worów, jeżeli dłuższa proza, bo to wymaga jeszcze wysiłku takiego
fizycznego, organizacyjnego, pisania tych stron iluś, albo dyktowania,
dyktowanie jest trudniejsze niż pisanie, łatwiejsze fizycznie, ale
wymaga większego skupienia.
- Mówi pan o dyktowaniu na taśmę?
- Tak, o dyktowaniu prozy. A wiersze,
wiersze są wytwornym warsztatem i takim, no, lekkim. Wiersz można tak
trochę w głowie mieć, potem obrabiać go nawet w głowie, jak ma się
wprawę, na kawałku papieru zapisywać, na świstku z jednej i drugiej
strony i właściwie tyle. Samej roboty technicznej jest bardzo mało przy
wierszu. To znaczy ta zabawa intelektualna jest dosyć niezakłócona,
tylko trzeba do niej być w dobrym stanie, bo to nie wystarczy tak jak
do prozy, żeby mieć gotowość czy przymus nawet pisania. Można się
przymusić do pisania prozy, a do wiersza nie.
- Czy można powiedzieć, w czym się pan czuje lepiej?
- Ja w ogóle tu mówię takie herezje przeciw sobie, bo zacieram granice między wierszami i prozą. Są takie Wiersze szpitalne, gdzie
to się zamazuje, cykl cały. Ale mówię o tych wyraźniejszych wierszach i
o tych wyraźniejszych prozach. A gdzie się czuję lepiej? I tu, i tu
dobrze.
- Od czego pan zaczął?. Od wierszy czy od prozy?
- Od czego zacząłem? Właściwie ta ja nie
wiem. To chyba zawsze i to i to, jeszcze w szkolnych czasach, jakieś
powiastki szkolne, zeszyciki, na tamte tematy. Ale wiersze też.
- A jak to w ogóle było na początku?
- Nie było początku, nie ma początku...
- Skąd panu przyszło do głowy właśnie pisanie?
- Nie ma początku i nie powinno być końca.
- Czyli w ogóle nie można określić, w którym momencie zaczęło się pisać?
- Nie, nie, nie. To tak, jak z wiecznością.
Albo ze sobą w ogóle. Ja mam niby początek i będę miał koniec, ale nie
przeżyłem początku i nie przeżyję końca właściwie.
- Czyli jakby utożsamia pan pisanie z samym życiem?
- Tak, tak, tak.
- Czy dla pana się to jakoś łączy w jedną ścisłą całość?
- Pisanie czy pisanie z życiem?
- Pisanie z życiem.
Oczywiście, tak, nie ma życia bez
pisania. To znaczy niby może być bardzo dobre takie nierobienie nic,
czyli czytanie, chodzenie po mieście, po deszczu, po dobrej zimie, jak
w tym roku, do kina, ale to tak z tym zamiarem, że za chwilę zacznę coś
pisać.
Piszę wiersze o wronach. Przeczytałem Polsko-chiński wiersz o wronach w
towarzystwie. Różnie się kojarzył - różnym. Jedna z pań powiedziała, że
wrony to przede wszystkim krakanie. Na mnie ono działa dobrze, ale
jestem wyjątkiem. Wobec rozmaitej reakcji napisałem na ten temat różne
odmiany. Teraz trzeba będzie o krakaniu. Śledząc świtowy wylot wron,
przelot nad trasą Łazienkowską, zapuściłem się aż na Grochów (mieszkam
na Saskiej Kępie). One lecą już nad Grochowską, widocznie przyciągane
przez efektowność głównej ulicy. Wiszą lampy, chodzą ludzie. Zamiast
uciekać od tego, to one do tego się garną, a może tylko na chwilę, w
każdym razie są tym podniecone. Po drodze wielka ich część przysiada na
Placu Szembeka, na wysokim drzewie. Teraz to jest goła topola. Chce ich
tam usiąść tyle naraz, że się nie mieszczą. Jedne rezygnują, lecą
dalej, drugie krążą, czekają na miejsce.
Czekałem przy okazji przed świtem, o świcie, na
otwarcie sklepów tam na Grochowie. Poszedłem w pobliżu na Plac 1831
roku. Cichy placyk z drzewami, z wylotami kilku uliczek. Jedna z nich
generała Zaliwskiego. To było dawno, ale było. 1831 rok, Olszynka. Nie
pamiętam, co robił generał Zaliwski, ale zapewne wytykano jego zasługi
i wady. Zaszedłem na ulicę Kawczą, w pobliżu. W którymś z tych domów
zginęła w 39 roku od bomby moja przyszywana, ale bardzo lubiana ciotka Zosia Romanowska. Ile to lat?
Niedługo będzie pół wieku. A ile od 1831 roku do cegły, która zabiła
Zosię? Około stu lat. To tylko drugie tyle. Trzeba by obie daty ustawić
obok siebie, dosłownie. Tak jest z czasem, a nieraz jest tak, że czas i
przestrzeń nami właściwie rządzą. Ale nieraz jest i tak, że można się
uniezależnić od czasu, to znaczy to samo wychodzi i czas staje się
obcy, przepływ. Patrzy się w jakiś punkt na białej ścianie i można tak
patrzeć godzinami, albo zamyśleć się o tym, wstać, wyjść, wrócić i
trudno się właściwie wtedy nawet włożyć w kategorie czasu. I w końcu,
jak się zapatrzyć na taki punkt na ścianie, to człowiek przestaje
siebie czuć, rozlatuje się i przestaje zajmować miejsce i przestrzeń. I
ten kawałek białej ściany przestaje być przestrzenią, można zamknąć
oczy i go nie widzieć i nie ma wtedy ani czasu, ani przestrzeni. I to
jest dobre, bo ciągle żyjemy właściwie przeszłością i przyszłością.
Przeszłością to jeszcze nic strasznego, ale gorzej jeżeli się żyje za
bardzo przyszłością i planowaniem.
- Bo wtedy można po prostu zatracić dzień codzienny.
- Zatracić to. w czym się jest, tak, tylko ciągle jest się w takim popłochu, przeskakiwaniu.
- A nie sądzi, pan, że większość ludzi tak żyje?
- Tak, tak, tak. Jak chodzić po ulicy i tak
patrzeć - no, oni są wtrąceni w to dźwiganie toreb, w te różne ogonki.
Ale nie tylko ci. Idzie się gdzieś pod kino i tamci sprzedający bilety,
te... konie, bo nie koniki, tylko stare chłopy i oni mają też takie
rozlatane oczy. Ja kiedyś poszedłem z moim przyjacielem pod kino, na
tyły Marszałkowskiej. I on zobaczył to, a on zajmuje się jogą trochę,
maluje, kontempluje. Tak spojrzał po nich i mówi: "Ojej, oni w ogóle są
załatani, myślą tylko o tym, co będzie, a zupełnie nie są w tym czasie,
który idzie. Chodźmy, chodźmy stąd prędko".
- A czy żyje pan przeszłością?
- Przeszłością tak, ale to ja z własnej
woli sobie przywołuję i dla przyjemności, i dla żeru literackiego, bo
przeszłość to jest coś, czym ja jestem nadziany i co właściwie składa
się na moje życie.
- Właśnie. Zwracano uwagę na to,
że pisał pan na przykład "Pamiętnik z powstania warszawskiego" wiele
lat po tych wydarzeniach. Jak to było możliwe, że zachował pan tak
wspaniałą pamięć wielu szczegółów, że to zostało w panu?
- To zostało, jak, to było możliwe właśnie
dlatego, że trochę się już utrząsnęło, już przestałem myśleć o
powstaniu jako o nieprzerwanym ciągu, który wydawał mi się przez pierwsze lata
nie do ogarnięcia. Wtedy jeszcze nie miałem wyrobionej formy, to jest
druga sprawa, do tego, tej oczywistej, tylko to się utrwalało poprzez
przypominki sobie i poprzez rozmowy z ludźmi, poprzez opowiadania -
moje - o powstaniu. A potem, po latach, zrobiło się oczywistością, że
to tylko takim językiem zwyczajnym, tak jak ja to uważałem, bez
zwracania uwagi na formę, no bo nic tam nie trzeba dodawać, ani
upiększać, ani w ogóle me dbać za bardzo o estetykę, tylko tyle, by
wiązać zdania i byleby przepychać to, co się przepchnęło przeze mnie
wtedy. Do tego trzeba było tylko postanowienia, silnej woli, żeby
usiąść i pisać. No, wreszcie dokonałem tego.
- Pan powiedział w naszej poprzedniej
rozmowie, kiedy zaproponowałam to nagranie i żeby opowiedział pan coś o
sobie, że przecież pan cały czas pisze o sobie w swoich książkach. Czy
rzeczywiście tak jest? Bo mnie się wydaje, że ogromnie wielka uwaga
pana jest zwrócona właśnie na innych ludzi.
- Na innych też, ale o sobie dużo. To
znaczy mój udział w całym życiu, bo to będą albo moje wyloty z
mieszkania, albo siedzenie w mieszkaniu, siedzenie, chodzenie, leżenie,
obserwacje siebie, przypominki, wyglądania oknem, takie pomyślunki,
refleksje, lektury, potem łączenia siebie z lekturami, czyli rozmowa ze
zmarłymi dawno autorami, to jest dobre. I w ogóle wyobrażenia, czy
leżenia po ciemku. Jak byłem w Ameryce niedawno, pytali mnie o podróże,
więc powiedziałem, że podróże u mnie są od niedawna, od paru lat, a
przedtem nie byłem w stanie podróżować, w ogóle wyjście na
Marszałkowską z łóżka - na Marszałkowskiej wtedy mieszkałem - było
nieraz bardzo ciężkie. Po prostu miałem inny system życia, mało
wstawałem i leżałem, nieraz po ciemku, całymi godzinami, myślałem,
zapisywałem, miałem różne prawie że wizje, no i właśnie to opowiadałem
w Ameryce ludziom, którzy o to pytali i mówiłem im, że to były też
podróże i to jeszcze jakie, ho, ho!, no i widocznie mówiłem z
przekonaniem, bo ktoś powiedział: "Ach, to musiało być wspaniałe".
- No, a jak to jest z tymi podróżami? Lubi pan podróże czy nie?
- Już jak jestem gdzieś, to tak.
- Ale trudno wyruszyć?
- No, ja nie lubię załatwiać tych różnych formalności, więc...
- No tak, to jest straszne.
- To jest straszne, więc zawsze jadę tam,
gdzie to jest ułatwione już do granic możliwości, Związek Literatów
załatwia albo "Orbis".
- I jest pan wtedy nastawiony na obserwację czego?
- No, tak w ogóle, w ogóle, przede
wszystkim tych ludzi, co są wokoło mnie. Potem ci, z którymi się
spotykam, i tło, miasto, morze, widoki, właściwie wszystko i to wrzuca
się jak do... to jest dosyć okropne, bo to jak do wora leci wszystko:
pejzaż, kilometry całe, obce języki, kultury. Właściwie to zaczyna się
takie jakieś konsumowanie na chama świata. Tak.
- A kiedy potem pan próbuje to opisać, to stara się pan jakoś porządkować swoje wrażenia czy nie?
- Ponieważ doszedłem do wniosku, że już
pisałem różne rzeczy, a to jest właściwie grzech, to konsumowanie
świata po chamsku, to nie zapisałem tej podróży wtedy. Coś spisywałem i
nawet chętnie pisało mi się, ale uważałem, że nie trzeba tego pisać. A
potem jednak opowiadałem o podróży statkiem "Batorym" dookoła Europy.
No, okazało się, że tam były różne numery dobre, w końcu zrobiło mi się
tego żal i spisałem to wszystko.
- A czy opowiedziałby pan coś o tej podróży, gdzie pan był, jak to było, ile czasu to trwało?
- To teraz trudno tak...
- Co tam pana najbardziej zafascynowało, co było najwspanialsze, najciekawsze?
- To, że było się w tym płynącym domu i
wszystko podjeżdżało, podpływało, bo myśmy mieszkali ciągle w tych
samych kajutach, prawie trzy tygodnie i właściwie ten nasz dom tak
jakby stał w miejscu, no bo myśmy się nie wysilali, żeby płynąć, bo nie
wiosłowaliśmy, tylko nami kiwało i do nas podpływała ta Europa tak z
różnych stron.
- Ale było również dużo wysiadania na ląd, prawda?
- Było, tak, za każdym razem to było
podniecenie, ludzie tłoczyli się przy wyjściu, a to wyjście było na
drugim piętrze, bo na statku też są piętra i winda. Pierwsze, co po
wejściu na statek było, to że mi kazali do windy wsiąść i jechać w dół.
- Jakby w głąb morza?
- W głąb morza, tak. Ale to było jednak
nad powierzchnią morza, a pode mną były jeszcze dwa piętra i na jednym
piętrze były gabinety lekarskie i takie tam różne rzeczy, a na drugim w
głąb była sala kinowo-mszalna, bo raz tam się odprawiały msze, a raz
kina, czyli filmy.
- Dość szczególne połączenie.
- Po wojnie w Warszawie opera i filharmonia były właśnie w sali narożnej, w "Romie". No, to się godziło, dlatego że chrześcijanie odprawiają nabożeństwa, lubią odprawiać przeważnie
rano, a kino ma tradycję wieczorną, no więc to się zgadzało ze sobą.
Poza tym, właśnie chodziłem do kina, na dół, w nocnych pantoflach, bo
to tylko schodkami w dół, chwilami zapominałem, że... bo coś nagle
zakołysało, myślę sobie: "Aha, to ja siedzę w kinie, ale na morzu".
Postanowiłem iść na mszę, zobaczyć, jak to wygląda. No i poszedłem w
niedzielę rano, tłum siedział w tym amfiteatrze kinowym i te same baby,
to samo towarzystwo, które bawiło się, piło, śpiewało różne tam
piosenki, tutaj modliło się chórem, wszystko znali na pamięć,
odśpiewywali tam, gdzie trzeba, wiedzieli gdzie, kiedy i słuchali
kazania ze skupieniem, bardzo mnie to zdziwiło.
- Ale taki statek, na którym przebywał pan parę tygodni...
- No tak, ze trzy tygodnie.
- ...był jakimś odrębnym światem, prawda? I ci ludzie mieli czas się poznać między sobą i stworzył się taki "mikroświatek"...
- No tak, tak. Szczególnie to było widać
na Atlantyku, kiedy byliśmy przez trzy dni bez przerwy i to dobre było,
bo było takie skupienie, oddzielenie od świata. Ludzie chodzili, jedni
czytali w bibliotece, drudzy chodzili, gimnastykowali się, bo trzeba
było kłaść się na podłogę, zadzierać nogi do góry, więc robili to. Dużo
było grubych. Sporo było starych, dużo było grubych, bardzo dużo, nawet
dużo bardzo grubych, takich nieprzeciętnie.
- Ale to przez przypadek tak się dobrali?
- A ja nie wiem... Nie, ja myślę, że
ludzie jeżdżą wtedy, kiedy mają pieniądze, mają pieniądze nie od razu,
tylko później, więc wtedy, kiedy już zgrubieją. No i tam w Londynie
wsiedli Angloamerykanie, niektórzy z Polonii chyba, koło trzystu osób
chyba, dosyć hałaśliwi, ani gorsi, ani lepsi od Polaków. No i było dużo
starych, to przeważnie byli starzy. I jakaś pani starsza mówiła do pani
jeszcze starszej, Polki: "Ci Amerykanie to mają chyba po 70 lat". A ta
pani odpowiedziała: "Oni mają po 80 lat, bo gdyby mieli po 70, to by
wyglądali na 60".
- A ile było osób na tym statku? To się zmieniało, ta liczba nie była stalą?
- Nie, nie zmieniało się. Ile było? Kilkaset, do tysiąca razem z obsługą, na pewno.
- Pytam, bo zastanawiam się, czy przez ten czas podróży ci ludzie mieli czas i możliwość, i ochotę jakoś się poznać między sobą.
- No więc niektórzy chodzili pić,
siedzieli na fotelach w barze i popijali, inni grali w karty znudzeni
trochę, inni się snuli po statku, niektórzy latali i nie wiedzieli, co
z energią zrobić. Mój sublokator, to znaczy współlokator, taki drobny,
mały, młody lekarz spod Hajnówki, miał koleżanki, trzy lekarki i one
były takie niespożyte. One dzień i noc miały energię. Właśnie ich
widziałem w dzień, jak snuli się i grali w karty, tacy znudzeni. Przy
obiedzie, przy tak zwanych posiłkach to siedzieli ludzie razem, tak jak
ich posadzili, coś rozmawiali, rozmawiali. Mnie przypadło towarzystwo
takie... bo ja wiem... robili wrażenie trochę handlarzy jednak, no
takie typowo warszawskie-zwyczajne. Od jedzenia, od wód, od picia, od
żarcia, i jakaś pani obok siedziała ze Skarżyska-Kamiennej. Ja przez
tydzień się nie odzywałem, nie chciało mi się wchodzić z nimi w
kontakt, no ale w końcu mnie wciągnęli w rozmowę, wtedy to już mi było
wszystko jedno. W każdym razie na kapitańską kolację nie poszedłem, bo
to już polegało tylko na obżeraniu się i piciu. Przez dwie godziny
siedzenie przy stole bez przerwy, co było dla mnie straszne.
- A czy dla pana w ogóle ta sfera jedzenia i picia jest...
- Uciążliwa. Ja w ogóle nie piję, a nie
lubię jedzenia przy stole. Więc częściowo zjadłem na miejscu, a
częściowo brałem ze sobą kanapki, zwijałem do papierków i już, starym
systemem.
- A czy jest to dla pana jakaś taka
sfera życia, z której można mieć dużo przyjemności, czy też taka
niepotrzebna, konieczna, żeby przetrwać, ale byle jak najmniej mieć z
tym do czynienia?
- Jak najmniej. Ludzie lubią, wiele osób lubi siedzieć, tak celebrować, lubią ten cały zamach przy jedzeniu.
- Całą oprawę?
- Całą oprawę, tak. Dla mnie samo
siedzenie przy stole jedzeniowym, to jest jakieś takie... żmudne,
żmudne. No tak, ale już dosyć o tym mówiliśmy.
- A jak to było z tą ostatnią podróżą
do Ameryki? Czy coś miałby pan ochotę o tym opowiedzieć? Jakie wrażenie
w ogóle Siany Zjednoczone na panu zrobiły, w porównaniu z Europą na
przykład?
- Nowy Jork - staroświeckie miasto,
fin-de-siecle'owe, swojskie. Duże, z dużymi domami, z handlem na ulicy,
ze zniszczonymi piwnicami metra, szczury tam latają, papierów pełno,
śpiących w papierach. No więc takie zaskoczenie, że to jest narośnięty
wiek dziewiętnasty, żaden dwudziesty pierwszy, w ogóle nie wiem, co to
jest dwudziesty pierwszy wiek. Chwilami mi się wydaje, że te ogony w
Warszawie to jest dwudziesty pierwszy wiek. To jest dopiero przyszrość,
perspektywa dla głodnej ludzkości, która się mnoży.
- Czyli, nie ma pan zbyt jasnej wizji przyszłości?
- O nie. I tak jak byłem w iluś miastach -
no, tak wypadło - europejskich czy amerykańskich, to widzę, że nigdzie
nie ma tylu psów i kotów, co w Warszawie, mimo tej biedy. To znaczy na
południu, w miastach włoskich, greckich czy tureckich są psy, ale
bezpańskie, tam dużo psów bezpańskich. Ale u nas są pańskie psy. To
znaczy są i takie, i takie, ale dużo jest tych wyprowadzanych. U mnie w
bloku jedenastopiętrowym, długim na osiem klatek, no, to u mnie są
wszystkie rasy psów.
- A czy pan lubi psy? W ogóle zwierzęta. Ma pan do nich jakiś taki ciepły stosunek?
- Lubię. Bardzo, bardzo, bardzo lubię.
- A nigdy pan nie miał psa?
- Nie miałem, bo to kłopotliwe, jak się
samemu jest, to jest dosyć niemożliwe mieć, bo trzeba by ograniczyć
wtedy życie, wyjazdy... A, wyprowadzać psa, od tego się zaczyna.
- A jeszcze wracając do Ameryki: jacy są Amerykanie? To pytanie strasznie ogólne, oczywiście, każdy jest inny.
- Przede wszystkim rzucali mi się w oczy
Murzyni, potem Żółci, potem rzucali mi się w uszy Polacy, to znaczy od
znajomych do znajomych i właściwie z prawdziwymi Amerykanami - białymi
- to ja nie miałem wiele do czynienia. No, chodzą, załatwiają, jedni na
nich narzekają, drudzy mówią, że są dobrzy - Polacy.
- A czy jest tam jakieś przyspieszone tempo życia w porównaniu z naszym, warszawskim?
- Nie wydaje mi się, na mnie nie zrobiło takiego wrażenia.
- Bo jest taki mit Stanów, prawda?
- To jest mit. I to o Nowym Jorku mówię,
bo gdzie indziej to jest wręcz wolniejsze tempo. Snują się, jeżdżą
samochodami, latają na ścieżkach zdrowia. Chodzą normalnie, kiedy się
śpieszyłem to musiałem przelatywać między ludźmi i się wydawało, że
chodzą wolniej niż w Warszawie. W trzech miejscach naprawiali bruki,
maszyny terkotały... ddddddd... Chodniki nierówne, śmiecie, byłem zły.
Ale właśnie przeżywałem miasta zwyczajnie.
- A jaki jest pana stosunek do Warszawy? Urodził się pan w Warszawie, zawsze pan tutaj mieszkał. Czy pan Warszawę lubi, czy pan tu mieszka z wyboru, czy z konieczności?
- Mieszkam i z wyboru, i z konieczności,
gdzie indziej bym chyba nie chciał mieszkać, bo tu mam przyjaciół,
tutaj nawyki. Gdzie indziej chciałbym pomieszkać, może w takim
Wrocławiu. W Krakowie to już pomieszkiwałem, ale tam akurat mi przypadł
tak straszny okres nędzy, że musiałem niedopałki zbierać na Plantach,
więc tak mi się to kojarzy nie bardzo dobrze, ale nie mam pretensji do
Krakowa, tylko do stalinowskich czasów po prostu. Wydaje mi się, że po
raz pierwszy Warszawa jest nieciekawa. Miała różne okresy, kiedy nam
się wydawało, że jest nie taka, jak trzeba, a to wojna, a to po wojnie
gruzy, potem takie domy na wyspach czy kawałki domów na wyspach i to
wszystko było ciekawe, jak się patrzy z perspektywy. Nie wiem czy ten
okres teraz, tych bloków, czy on z perspektywy... też może będzie coś
ciekawego. Nam się wydaje już, że nie, to już dwadzieścia lat tak jest
i to są dosyć takie niewdzięczne widoki, jednakowe, już nie potrzebuję
tłumaczyć, bo wszyscy wiedzą, o co chodzi. Chyba że tę taśmę będą
puszczali kiedyś, kiedy te bloki będą zbombardowane, ale jedni mówią,
że to łatwo zbombardować te bloki, bo one się rozsypują, rozpadają: "O,
tak" - pokazywali, ale mnie się zdaje, że tyle bloków zbombardować jest
trudno.
- Mieszkał pan w paru mieszkaniach w
Warszawie: czy każda przeprowadzka to była przeprowadzka w inną
dzielnicę tego samego miasta, czy miał pan poczucie, że to jest już
zupełnie inny świat?
- To były takie różne dziwne przeskoki, bo
przed wojną były też już, z takiego domku w ogrodzie, drewnianego, na
Woli, przeprowadzka na Plac Napoleona do Śródmieścia, na wysokie
piętro. Potem to był 39 rok, rajza tak zwana, czyli wywędrowanie z
Warszawy i powrót już nie do tego mieszkania zajętego przez Niemców,
tylko do ciotki. No, ale to są dzieje wojenne, to na innej zasadzie.
Więc trudno mówić, czy to jest to samo miasto, czy nie, bo i tak, i
nie. No i tak samo po wojnie. Gdzieś na Poznańskiej, w kamienicy ojciec
wynalazł pokój taki duży, ale potem już normalnie, w normalnym trybie
przeprowadzka z Poznańskiej, koło dworców dawnych - dawnych, bo ten
dzisiejszy to taki elegancki, europejski, a tamte to były takie budy z
pochylniami, gdzie urzędowały na przykład panie nocne i one z siatkami
chodziły, raz jedna udowodniła milicjantowi, że ona przecież jest z
książkami, to miało być alibi. One miały jakieś spółki z szoferami...
No, to była ważna ulica, właśnie ta Poznańska, te panie tam też urzędowały, więc u
mnie widok z okna był i odgłosy, bo tam był świetny rezonans między
wysokimi ścianami dwiema. No i potem przeprowadzka na Plac
Dąbrowskiego, który wtedy był oazą ciszy. Tam stało niewiele domów, to
było na skraju zabudowanego Śródmieścia, a dalej to był Ogród Saski i
jakieś już ruiny. No, to się zmieniło oczywiście, ale wtedy to tak
wyglądało. Wtedy robiłem teatr z Ludwikiem Heringiem i z Ludmiłą
Murawską i byłem zajęty bardzo tym teatrem, tak że to mi bardzo było w
głowie, a te to były takie uboczne obserwacje i właściwie wdanie się w
tamtą okolicę, w Plac Dąbrowskiego, w widoki, w to wszystko, to było w
pełni na końcu mieszkania tam. To znaczy po latach, kiedy już nie było
dawno teatru i tam były właśnie te podróże w mieszkaniu, dniami i
nocami przy zasłoniętych oknach. No a przeprowadzanie się na Pragę, za
Wisłę, na Saską Kępę, to było trochę jak do innego miasta. W dodatku na
wysokie piętro, dziewiąte.
- A to ma jakieś duże znaczenie, że to dziewiąte, a nie parter?
- Wielkie, bo to w ogóle jakoś od razu
mnie przeniosło w co innego. Ja zresztą tak sobie marzyłem nieraz, żeby
mieszkać na wysokim piętrze, chciałem.
- Czy dobrze się pan z tym czuje?
- Dobrze.
- A jak się pan czuje w tym "mrówkowcu"?
- No, właściwie to mnie nie obchodzi, czy
tu mieszka... to znaczy obchodzi, tylko ja nie biorę tak tego do
siebie, że to tyle ludzi, bo ostatecznie są ważni lokatorowie
najbliżsi. Jedna baba hałasuje na suficie, to wystarczy za pięć bloków,
a można ją mieć tak samo w domku, na uboczu, prawda?, tę jedną. No, ale
hałasowała z początku, potemjakos prośbami, no, groźbami nie, ale coś z
tego było, w końcu już byłem gotów do różnych... do używania różnych
środków, presji na nią.
- A jakie to były hałasy?
- Bicia młotkiem, oni robili coś tam. No, ale potem pomogło, jakoś się ułożyło i teraz jest spokojnie, od paru lat.
- I teraz jest cicho wokół pana?
- No, raczej dosyć cicho.
- A czy ma pan jakieś kontakty z sąsiadami? Wie pan, kim oni są?
- Trochę, to znaczy obok z jednej strony to trochę wiem, ci z drugiej to już nie, ale widuję się tylko tak od przypadku.
- W pana wierszach ogromnie dużo jest poczucia humoru. I chciałam właśnie o to zapytać: czy jest jakoś łatwiej żyć czy pisać patrząc na świat i na ludzi w ten sposób?
- Ja nie wiem, to tak wynikło.
- To nie było nijak zaplanowane?
- Chyba nie.
- A czy również tak wynikło samo z
siebie to, że pisze pan takim bardzo specyficznym i niepowtarzalnym
językiem? Te wszystkie zabawy słowne, słowotwórcze, zestawienia słów?
- Nie wiem, trudno o tym mówić. I wynikło, i nie wynikło, ale to całe życie na tym zeszło.
- Kiedy nie miałam jeszcze zupełnie
pojęcia o pana twórczości, a trochę poezji czytałam, to takim, może na
innej zasadzie, ale niepowtarzalnym językowo poetą był dla mnie
Leśmian. Czy ma pan stosunek do jego poezji bardzo pozytywny, czy może
niechętny.
- Nie, niechętny na pewno nie i dużo
rzeczy mi się tam podoba. Dawniej go bardzo lubiłem, a potem odjechał
ode mnie. Aleja się poezją mało zajmuję - cudzą.
- A czy w ogóle chętnie czyta pan poezje?
- Niechętnie.
- A jakie książki czyta pan najchętniej?
- Bo ja wiem... Różne: historyczne,
pamiętniki, dla pensjonarek, o świętych... różne. To znaczy teraz, w
tych latach podstarzałości, bo kiedyś to nie cierpiałem kryminałów czy
jakiś międzyplanetarnych.
- A lubi pan na przykład Lema?
- Lubię, tak.
- A jak było z tym teatrem na Tarczyńskiej?
- A nie, to za dużo opowiadać.
reklama
|
|
| :: polecamy |
|
| :: doszukaj |
|
|
| :: krzycz! |
autor: kxRYFRhxijCgCzB data: 2010-07-01 04:20:46 PoXxDGSCobABBNLfm
|
| :: Białoszewski najtaniej |
|
');
|
|