::: ogółem 2659608, dzisiaj 29 odsłon strony :: aktualnie 6 osób przegląda stronę :: w ciągu ostatniej doby 144 unikalnych odwiedzin ::: 
aktualnościpoezjaprozateatrgaleriarękopisy
wywiadyo mironieksięga gościbłahostkidodajlinkownia

Obroty rzeczy
czytano 21399 razy


cykl: Autoportrety


Autoportret odczuwalny

Patrzą na mnie,
więc pewnie mam twarz.

Ze wszystkich znajomych twarzy
najmniej pamiętam własną.

Nieraz mi ręce
żyją zupełnie osobno.
Może ich wtedy nie doliczać do siebie?
—     —     — 
Gdzie są moje granice?
—     —     — 
Porośnięty przecież jestem
ruchem albo półżyciem.

Zawsze jednak
pełza we mnie
pełne czy też niepełne,
ale istnienie.

Noszę sobą
jakieś swoje własne
miejsce.
Kiedy je stracę,
to znaczy, że mnie nie ma.
—     —     — 
Nie ma mnie,
więc nie wątpię.



Autoportret radosny

Nie myślcie, że jestem nieszczęśliwy.
Cieszę się, że myślę.
Myślcie, że się cieszę.

Świadomość jest tańcem radości.
Moja świadomość tańczy
          przed lampą deszczu
          przed łupiną ściany
          przed sklepem spożywczym z wiecami kapusty
          przed ustami mówiących przyjaciół
          przed własną ręką nieoczekiwaną
          przed niewydrążoną rzeźbą rzeczywistości —
w przepychu najlepszej zabawy
i najwznioślejszego nabożeństwa
nieoddzielnie
moja świadomość tańczy.

A kiedy porwie się taniec,
zwyczajem każdego kłębka,
pójdę do nieba —
          gdzie się nic nie czuje,
          gdzie od początku byłem, zanim byłem,
          gdzie już do końca będę, gdy nie będę,
          tam — radość nie do opisania.
.    .    .    .    .
To wszystko.

[Garwolin, 3 marca 1954]




Nie umiem pisać

ciemno tu...
co o szarym swetrze?
— tylko tyle.

na dworze
jest już po cytrynie wyciśniętej
śnieg

drzewo z zimna i struktury kształtu
nierozgadane
nie szumi

którędy wyjść ze słowa?
      
      



Szare pytanie

Biele zaszły szmaragdową szarością:
   biały papier z kubkami na stole
   kawałek pościeli
   imbryk.

Jakiż blask
zaćmił mi okno?

Co tam słychać
dziś
w dole miasta?

Który to dzień stworzenia świata
i jakich ludzi?

[Warszawa, 2 marca 1954]




cykl: Ballady peryferyjne


Ballada z makaty

Jest sobie zielony ogród
         na wszystkie pory
         w rajskie szczypiory
         w drzew kalafiory.
	  
Panna tu leży w jarzynie
(myśli, że na mięcie),
za długie nóżki — podgięte,
obie lewe i przejęte,
         łokcie podpierają brodę —
         z boku widzianą urodę —
         odwrotną urody modę;
             nad urodą wieniec dziwny
             krakowski z Pelcowizny.
Na co panna czeka
z zamyśleniem na flekach?

Anilinowe ptaszki
weselą ogród rajski.
Jeden chudy ptaszek
w palcach chłopca śpi,
jak do panny nadszedł -
zagrał fi-fi-fi!

A co to za plebejusz?
A co ma za kapelusz?
Kapelusz ma jak dudy...
A gra — ten patyk chudy.
A słychać go za flety,
aż panna tupie we fleki.
Trzepoczą pantoflowe wstążki,
dygają rajskie widoczki.
Panna w tych bucikach
na leżąco fika,
stuka w pantofelki
oberki — sztajerki:

Raj tu nielichy,
graj pan — muzyki!
ja pantofelkami
      radi-radi-ra!
Maj
      mi po głowie
ow-
      szem nie powiem
radi-radi-radi-
                   ra-ra!!
						 
Graj, panie młody,
do końca pogody,
póki te ogrody
nie tracą urody,
a że te ogrody
nie zmienią urody
ody-rydy-rydy
                    uha!!!

[Gdańsk, 8 X 54]




Dwie kuźnie najpóźniejsze

U wielko-wielko-miejskiej — wielko-worowej
Grochowskiej
        domów sypie się groch.
Między grochami przeszło 100
nagle luźniej:
                   dwie kuźnie;
                   maczki to?
E, dwa ogniki w gniazdach płotu,
dwie Wulkanowe komnaty,
wdzięczniej: dwojaki...
                                oj, Kupało
                                oj, Łado
         co za baśń!
                                ej, Warszawo
                                ej, Prago...
                          
Bujajcie nami — huśtawki dwie,
huśtajcie dotąd, gdzie
                                roku pańskiego
                                roku końskiego
                                targu na Grochowie
                                końskiego
                                stukano nimi
                                o Wołominy
                                a na końskie szczęście
                                pito w Kobyłce.
              
A jeszcze teraz tu koński rok.
One tu wstęp mają
                   jak w szarozłoty obrok,
zobaczonych kowali
                   torbami sobie przypinają,
zaś szczęściami wygiętymi
                   na nowo przytupują.
U rozstaja poprzód kuźni
                   bodą się dyszle,
dopóki panowie koniowie
                   do nich nie przyszli,
starzy panowie bogowie
                   na czterech nogach —
wożą ludek swój
                   po grochowych kamieniach...

Grochowska — Grochowska
                           wielki drąg
                                          w mrowisku miasta.
A dwie kuźnie,
kiedy wieczór późny,
to patrzy do Grochowskiej
dwoje oczu końskich.

[W-wa, 15 X 1954]




Filozofia Wołomina

1. Obecność niepewna
W nocy lepiej widać kości. Uliczka jak chuda kość. (Inne jak kość z jej kości.) Ona ma nawet tę stronę od śniegu odpolerowaną, szarą i wydziobaną w pory. To nad nią babka ukazuje się w swym porze — w okienku, siwa — nie jak wrona od kości, ale jak drewniana od zegara kukułka, bo kukułka wyskakuje na kościstym patyku, a babka ma wydziobane usta po uśmiechu i wystu, wykukuje niemo swój czas pozasłoneczny wyłączenie z rytmu chudą kostką niezgody.
2. Mit naoczny
Budka piwa — stajenka Wołomina, nad nią strzecha nie... markiza. Pytacie o gwiazdę? Jest na jawie u latarni i prócz tego długa jak sznur wisi i rozbija się o śnieg. Markiza przewleczona gwiazdą. Dla kogo szopa? Wiem, sprawdziłem: dla trzech pasterzy w waciakach, stebnowanych króli, dla nich tylko codnieje. U drugich brzegów śniegu czekam, czy przyjdą i dziś. Troi się nowy śnieg. Co będzie, gdy nie przyjdą i ten biały budkę z piwem zawiekuje?! (Już to samo było z granistosłupami świątyń, które odbito z piasku.) Nikt wtedy nie odgadnie jej obrządku.



Karuzela z madonnami

Wsiadajcie, madonny
         madonny
Do bryk sześciokonnych
         ...ściokonnych!
Konie wiszą kopytami
         nad ziemią.
One w brykach na postoju
         już drzemią.
Każda bryka malowana
         w trzy ogniste farbki
I trzy są końskie maści:
         od sufitu
         od dębu
         od marchwi.
Drgnęły madonny
I orszak konny
Ruszył z kopyta.
Lata dokoła
Gramofonowa
Płyta,
Taka
         płyta:
		 
Migają w krąg anglezy grzyw
I lambrekiny siodeł,
I gorejące wzory bryk
Kwiecisto-laurkowe.
A w każdej bryce vis à vis
Madonna i madonna
W nieodmienionej pozie tkwi
Od dziecka odchylona
— białe konie
— bryka
— czarne konie
— bryka
— rude konie
— bryka
Magnifikat!

A one w Leonardach min,
W obrotach Rafaela,
W okrągłych ogniach, w klatkach z lin,
W przedmieściach i niedzielach.
I w każdej bryce vis à vis
Madonna i madonna.
I nie wiadomo, która śpi,
A która jest natchniona
— szóstka koni
— one
— szóstka koni
— one
— szóstka koni
— one
Zakręcone!

I coraz wolniej karuzela
Puszcza refren
I preryfe
         rafa
            elickie
         madonny
              przed
         mieścia
wymieniają   
         konne piętro
— — — — — — — —
Wsiadajcie
         w sześcio...!



Rozprawa o stolikowych baranach

Fantazjo warszawskiej Pragi,
masz assyryjskie rogi
i jedną nogę
      czerwono
            lakierowaną.
O bazar! bazar! bazar!
O baran! baran! baran!
To jego profil
      — jak z lewej ręki —
i jego baranica piękna —
ach! dwa profile Nefretet
z liworyzacją tête à tête.
   Cztery czerwone kropki uszu.
   Babilony
   trefione w srebra z tłuczonego lusterka
   i czerwone chorągiewki,
   kożuchów złote Homery,
   lazurowe cokoły.
A dalej: barany
      w koronkach brabanckich
      i barany z Bizancjum,
      i barany w koronach oryniackich...
     
Jaki zwrotnik?
      „Wiek który? — — Czas który?”
Magie — religie — rytuały.
A to wszystko z jaskiń
                     pod miastem,
nieustanne Mentony gminne,
a to
      nieprzerwane dylu-dylu
      dyluwium
            peryferyjne.

[Gdańsk, 8 X 54]




Tryptyk pionowy

Sny, moje sny!
Jak dzwon — ten próg.
Patyki cienia wiszą.
Brązowo gładzi,
szaro kłuje,
a pod palcami
              rąk i nóg
tak samo —
              mnie
                     czy im
kurzą się pnie
                     piszczały
                              krosna
              dziurami melodyjnymi:
         
                    1
W dole — w dole — z góry na dół
Cecylia gra na maglu,
kufry, klaty przesuwa,
drewniane zęby — jej męczeństwo — —
święta Cecylia w politurach,
koło — manuał — emmanuel
wał — interwał — fuga.

                    2
A ta Dorota — nosicielka,
a kosze jak skóra chleba,
w koszach węgle, na węglach drzewa,
schody w pręgach,
              sęki na plecach — —
wysoka droga omdlewa.
        
                    3
U góry — szare szare mury,
u góry święta Weronika,
rozpięte ręce w strych — i w strych — —
w płachtach bielizny mokra twarz
wysycha i ucicha...


...Taki śnie mój! Stary sprzęcie,
w koronce korzenie masz i czub.
Na zawiasach dzwon się kręci
na zamknięcie
                     snu.



Zadumanie o sieni kamienicznej

Sień: głębia piwa najmocniejszego
             to jej zapach
                 jej światło
                 jej smak.

     O tyki
               kanciaste
                              strome!
     o tyki drzwi,
                       po co po was chodzić?
     Jakie słychać rośnięcie
                       tłoczenie
                       szum?
     O chmiele za drzwiami
                       wieczorne chmiele!
                        
     Przez drzwi tych gąszcz
     pojazd
     fin-de-sièclowy
     ko-łat! ko-łat! —
     maszyna do szycia
     Droga koniec ma?
     A gdzież tak przez świat?
     Oj, chmielu...
     
     Tu — od tych gąszczy
     ptak
     z dziobem emaliowanym
     ucieka
     dzieciom
     w kraje ciepłe
     — a zostaw chociaż piórko z pary.
     Oj, chmielu...
     
     Tu — od tych gąszczy
     długie
     mówienie sypie się i sypie,
     jednakowe
     ziarna
     zgarnia
            kto czy nikt?
     szufla ucha pijana
     zasypała wszystko
     — zapakuj się, mówienie, do worka!
     Oj, chmielu...
     
     Oj, tyki wieczorowe po piętrze,
     oj, sienne piwo najmocniejsze,
     oj, sienne
               niewesele,
                         chmiele wy, chmiele.
      
      

[Warszawa, dnia 15 października 1954 r.]




cykl: Ballady rzeszowskie


Barbara z Haczowa

— Barbaro z popiołu i srebra...
— Jestem z drewna.
— Barbaro spod szarego gontu...
— Jestem spod błękitu.
— Błękit masz na sukni
jeszcze niedojrzały,
a twój domek
to srebro i popioły.
— To wapienny tynk.
— Tynk?
— To wapienny tynk.

— Barbaro z cynobrem u głowy
w sukni opalowej
z płaszczem niebieskawym,
ale jeszcze jesteś
prócz tego, co tynkowali,
z popiołu i srebra dalej...
— A?... Uderzają w deski
mojej kapliczki
jabłka.

— Tak, Barbaro,
niby jabłonie,
a jeszcze
kiedy głowę skłonisz...?
— Kiedy głowę skłonię?
Pokrzywy? — bez srebra.
A! łopuchy srebrne
ale tylko
po jednej stronie!
— Po jednej stronie,
bo po drugiej zieleń,
Barbaro.
A popiołu i srebra
na coś chyba zostało?
— ...Na kamienie!

— Jesteś rozmowna,
Barbaro barokowa.
— Barokowa?
— Tak. Taka ruchliwa
dokoła.
— Prócz tego jestem święta
we wszystkich sukni skrętach.
— Wiem.
— A tam niżej rzeka
za plecami moimi
ucieka
i zawsze jakoś
pozostaje.
— Słyszę.
— A w bok, na wysokościach
siwe drzazgi poukładali
Panu Bogu Haczowskiemu.
— Widzę na wysokościach,
Barbaro przydrożna,
siwy kościół.
— O to to!
Jakem przydrożna,
nie znajdziesz w nim
gwoździa;
są za to
po pierwsze — pajęczyny,
po drugie — kurzu a kurzu,
po trzecie — dwa anioły,
co kopciły świecami,
po czwarte — belki
wedle andrzejowego krzyża
powiązane,
po piąte — same kołki
od sobót po izbicę,
po szóste — pusto,
po siódme — malowidła,
na suficie
na ścianach,
nad drzwiami czarni Żydzi
(Pan Jezus ze świątyni wygania)
i wszystko z drewna,
jakem drewniana,
i mówię ci...

Mówiła, długo mówiła
od tego kościoła na ustach
czerwonych — siwa.
Pamiętam — oczy malowane
mrużą się jeszcze:
— Belki od wschodu patrzą twarzami,
ale twarze wyjadł deszcz... —
mówiłą długo
wszystko, co słyszała
moja znajoma z Haczowa
pod kościołem napotkana
świątkowa łopianowa...

[Kraków, 23.1.1952 r.]




Stara pieśń na Binnarową

Prowadź nas, przenico,
złota błyskawico,
przez fiolety owych wzgórz
między blaski kukuruz
z żółcielami pospołu,
słonecznikiem upału,
miodem rozlanym powietrza —
dywanami spod Biecza.

Wyjdźcie, stłoczone w kapliczce
świątki z dziwacznym licem,
pokażcie najbliższą drogę
fiołkowym i żółtym rękawem.

Już woda z rowem zakręca.
Kończy się droga gorąca.
Wierzby zgromadzone
dmuchają w pnie spękane.
Widać czarne prawie
bożych ścian modrzewie.
A szparami zapachy się leją
od pajęczyn, kwiatów i drewien.

O Anioły-Stróże,
o deski w różnym kolorze —
od kaplicy swojej wyjdźcie,
tęczę z drewna nam pokażcie,
w skrzyp cichuśki i lekkuśki
odemknijcie drzwi kościoła.

Otworzyły!

O pajęczyno kolorów!!

Bogarodzica Dziewica,
złotem gotycka Maryja
nad ołtarzem płonąca
koralami u szyi,
u twego syna Gospodzina
cała Jerozolima:
na ścianie
po prawej stronie
w żółtościach,
w klocach zieleni
skręcone — głowa przy głowie
orszaki wielkopiątkowe
farbami i kurzem się trzęsą
na kusych nogach.
Kyrie elejson!
Adamie — ty boży kmieciu,
Ewo — z tej samej kłody,
we dwoje ołtarz dźwigacie,
aż pogrubiały wam łokcie.
Kyrie elejson!

A po prawej stronie
białe, zapylone
„trzy Maryje poszły,
drogie maści niosły...
Gdy na drodze były,
tak sobie mówiły:
Jest tam kamień niemały,
a któż go nam odwali?”

— — Grób święty
zarósł pajęczynami — —
— — — anioły siedzą
zakurzone, białe —
śpiewają:
„...Nie trwóżcie się, Dziewice,
   ujrzycie Boga lice...
   Wstał z martwych, tu go
   nie,
   tylko jego odzienie...
   Alleluja!”

Gdy prowadzili ołtarz,
święty Michał stał na szczycie,
trzymał miecz zapylony
i wagę z przydrożnym kurzem.
Ale pułap kwieciesty
kościoła
był za niski
dla archanioła,
więc przefrunął ponad chór,
wziął miecz, wagę,
na niej — kurz
i tak czuwa.

Drewniany Michale Archaniele,
ty na drewnianych aniołów czele,
Stróżu Stróżów malowanych
i
posiwiałych od śniegu
niecałych po zacieku...

Oto pomniejszone Stróże
o tęczowym kolorze
wśród kaplicy swojej
trzeszczą w cytry i wiole
rano, wieczór, we dnie, w nocy
ludzkim śpiewom do pomocy.

Śpiewy zostały
w kalinie, w jęczmieniu,
w makówkach —
pod ołtarzami...
Gdy potrącić je,
roznosi się pył po sumie:
„...Ty przez aniołów...
...ty przez aniołów...
...ty przez aniołów...”
Cisza.

W nawie
na cieniach zastrzałów
ostatnia tajemnica:
po lewej ręce
zbawieni,
po prawej
potępieni,
a wszyscy
przyprószeni...
Amen.

[Kraków, 25 stycznia 1952 r.]




cykl: Groteski


„Ach, gdyby, gdyby nawet piec zabrali...” Moja niewyczerpana oda do radości

Mam piec
podobny do bramy tryumfalnej! 

Zabierają mi piec
podobny do bramy tryumfalnej!!

Oddajcie mi piec
podobny do bramy tryumfalnej!!!

Zabrali.

Została po nim tylko
              szara
                      naga
                            jama
         szara naga jama.

I to mi wystarczy:
szara naga jama
szara naga jama
sza-ra-na-ga-ja-ma
szaranagajama

[Gdańsk, 9 X 1954]




Ballada o zejściu do sklepu

Najpierw zeszedłem na ulicę
schodami,
ach, wyobraźcie sobie,
schodami.

Potem znajomi nieznajomych
mnie mijali, a ja ich.
Żałujcie,
żeście nie widzieli,
jak ludzie chodzą,
żałujcie!

Wstąpiłem do zupełnego sklepu;
paliły się lampy ze szkła,
widziałem kogoś — kto usiadł,
i co słyszałem?... co słyszałem?
szum toreb i ludzkie mówienie.

No naprawdę
naprawdę
wróciłem.

[Warszawa, 10 stycznia 1954]




Dwa przekłady

1. Przekład z parasolki
Ja wrona miękki dzwon galanteryjny szpon takt ronda galanteryjny szpon takt - ronda to deszcz - to on toon ton — Rozpiąć mnie sufitowo nad żarówką a zaświecę tamta indiańska — natchnione słońce dyletanta
2. Przekład z materaca
Pasy — Matissy — Bonnard Chór z trąbkami — pode mną zatopione skręcenia śpią ślimaki śpią Pasy — Matissy — Bonnard

[W-wa 4 X 54]




Mój strach nie- i organiczny

Wieczorem złamałem grzebień.
W nocy bałem się
    koguta-stróża
    i zardzewiałej piły,
bałem się pisków mojego żołądka,
myliłem go z niewidzialną myszą.
      
      



Studium klucza

Klucz
ma
zapach wody gwoździowej
smak elektryczności
a jako owoc
   to on cierpki
   niedojrzały
   będący cały w sobie
   pestką.

[W-wa, 16 lutego 1955]




Zaznaczam: mogłem się przesłyszeć

Tekla Tekla Tekla Tekla
Teklo, zegar cię woła...

Nie ma Tekli,
wyjechała Tekla.

Jakże Tekla wyjechała,
kiedy krzesła zamknięte
      doniczki zamknięte
      żyrandole zamknięte —
jakże ona wyjechała?

Tekla Tekla Tekla Tekla
Teklo, zegar cię woła...

Nie było Tekli,
nie było,
nawet gdyby lustro w lustrze
      w lustrze lustro
      lustro w lustrze —
nie było jej,
nie było.

Teklo...

          I zegar usnął.

[Gdańsk, 9 XI 54]




cykl: Liryka sprzed zaśnięcia


Liryka śpiącego

fruwam
fruwam
na trapezach przyśnień

fruwam
w latającym cyrku rzeczy
nad tobą
nad jawnym
nad zwykle przytomnym

jestem wszystkimi
i bywam wszystkim rzeczami
ale nie tobą
byle nie tobą
mój leżący na dnie
moja góro oddechów
która stopniejesz
przebudzeniem
mój ty
który spłyniesz

[Warszawa, 25 IX 1954]




Mój testament śpiącego

ciemny negatyw pokoju
z którego wypadła
jedna dzienna rzeźba

mój negatyw
ze mną
wysypanym w różne kąty
ta pusta moja małżowina
pomnik na łóżku

ach gdyby tak parę wieńców bibułowych
garnków
głogów
i parasoli pod mżeniem nocy

jeszcze ileś razy
pozlepiam swoje kredy
                         gipsy
w coraz to gorsze formy i ślimaki
a w koncu naprawdę
wylecę ze skorupy
więc naprawdę
pamiętajcie
parasol
      
      



Moje Jakuby znużenia

                                           Arturowi Sandauerowi

Wyżej
        hejnały kształtu 
                           zamieszkiwania dotyku
        wszystkie pogody zmysłów...
Najniżej — ja
        to z moich piersi wyrastają
        schody rzeczywistości.

I nic nie czuję.
Nic soczystości.
Nic koloru.
Nie tylko nie jestem
        którymś z testamentowych bohaterów
ale gorzej niż flądra
        przylepiona do dna na zdychanie
        z uciekającymi w górę
        pękami balonów oddechu
gorzej niż kartoflana matka
        która wypuściła
        olbrzymie jelenie rogi kłączy
        i sama - skurczona
        prawie do zniknięcia.

Uderz mnie
konstrukcjo mojego świata!!



Świadectwo snu

Za płotami łóżek
my — budy kinowe
snu.

Nie możemy tupać
ani klaskać.

Co najwyżej
krzyczymy małpim językiem,
naszym starym narzeczem,
o rzeczach najnowszych.

I naprawdę
przeżywamy wtedy
własną cywilizację.

[Garwolin, 1 marca 1954]




cykl: NIEPRZYPISANE


cykl: Pokrewieństwa


Do NN***

nagle
wycinasz się
z pomieszanych form ulicy
wypukłością nóg
                        twarzy

zbliżasz się — pół
mijam cię — pół

jakże mi szkoda
tej zawsze jednej strony nie widzianej!
odchodzisz — pół
ruch innych
      kroi cię
            w coraz drobniejsze
                  kawałki

nic mi z ciebie nie zostało
nagle

[Warszawa, 10 IX 54]




Jednym palcem wystukane

Dnami garnków
latają
jaszczury starych rąk.

Gzymsy koków
pod gzymsami szaf.

Butle okien
zatkane korkami twarzy.

Kamienie
patrzą
porowato
z różnych zmarszczek
nad fioletowym podbródkiem

W ziemi —
trumienne amonity.
            —     —
Róże krwiobiegów
pną się po schodach
pod dach
na anteny gotyku.

Muchy
wokoło lampich horyzontów
i ci, co we widnokrąg
odchodzą
i jesiennieją
na rózgi szkicu.
      
      



Od ziemi nie odrosnąć

Wieczorem
wracam
sztywną
przezroczystą,
wieczorem
wracam
lunetą,
podejrzewam
sztuczne zimne dziecko gwiazd
o siebie,
chrzęszczą mi
szklane rurki oddechu
od połączenia z
        prze-stworzami
— stworzonego
przetworzonego
schowaj mnie
przed obcymi matkami,
moja matko od nóg,
moja gwiazdo.

[W-wa, 17 lutego 1955]




Słowa dokładane do wiśniowych wołów

Wiśniowe woły
wiśniowe woły
nad wołami
twarde anioły
        anioły w ostrych wozach
        w saradelach
        w miraculach
        w kumosach

Ptaszkowie czubki stodoły
pod ptaszkami
                anioły
                bez kapeluszy
                w peluchach
                z włosami na uchach
                .   .   .   .   .   .   .   .

                skrzydeł nie mają
                oddali gęsiom
                piękni są

Dwa koła - księżyc - dwa koła
wołowa waga ma łańcuch
złoto wiśniowe na wołach
brzęczą żelazne oczęta
patyki śpią na stodołach
cień pachnie prosto z księżyca
pachnie wszystko co wiezione
gęsie skrzydła — nie na aniołach
słuchajcie patyków
                wołowych słów
        piękne są

anioły kiwają głowami
                wielkimi wołami
                w wiśniowych kolorach...
      
      

[Garwolin 13.IX.54]




Za język pociągnąć

rzeki kory
               idą w górę
                  —
po pniu
            siebie pną
                  —
kropielnica poziomek po ziemi
                  —
staropolskie
                 mówi
                         między nimi

na krzyż supła
na jeden — zawiązuje te dwa kiwania — dzwon
        poziom — pion
        poziom — pion
      
      

[W-wa 15.IX.54]




Zielony: więc jest

Jesteś... nie jesteś...
wierzyć w ciebie czy wątpić
z czego byś nie był —
        albo gdybyś nawet
                z niczego był
                             — — zielonyś —
                             od księżycowej glazury
                             pejzazu zimowy
			  
                             po prostu fajans
                             trochę zamieszkały
                             i zimny — —
                             z ornamentami drzew i mgły
                             na brzegu
A gdy nic nie wiem o tobie
ani o robaku mikropustki
        który cię gryzie
ani o nazwaniu cię śniegiem
                             krańcem miasteczka
                             spodem
                             miesięcznej nocy
			  
możesz mi zagrać
najpiękniejszą część niepokoju

[Garwolin, 18 lutego 1954]




cykl: Szare eminencje


My rozgwiazdy

To nie tylko
zgubione włosy.

Opuszczone miejsce
często boli.

Mnożymy się
ucięci
tęsknotami.
                   —        —
Jesteśmy rozgwiazdami.
                   —        —
Nie odgrodzeni od niczego.
Rozgubieni.
      
      



O obrotach rzeczy

A one krążą

I krążą.

Przebijają nas mgławicami.

Spróbuj schwycić
         ciało niebieskie
         któreś z nich
         zwanych „pod ręką”...

A czyj język
         najadał się całym smakiem
         Mlecznej Kropli przedmiotu?

A kto wymyślił,
         że gwiazdy głupsze
         krążą dokoła mądrzejszych?
     
A kto wymyślił
         gwiazdy głupsze?

[Warszawa, 18 października 1954 r.]




Podłogo, błogosław!

Buraka burota
        i buraka
        bliskie profile skrojone
        i jeszcze buraka starość, którą kochamy,
        i nic z tej nudnej fisharmonii
        biblijnych aptek
        o manierach
        i o fornierach w serca, w sęki
        homeopatii zbawienia...
tu nie fis
i nie harmonia,
ale dysonans

ach! i flet zaczarowany
w kartofle — flet
w kartofle rysunków i kształtów zatartych!
        to stara podłoga
                    podłoga
        leżąca strona
               boga naszego powszedniego
               zwyczajnych dni
        i takie słowo koncertujące
        w o-gamie
        w tonacji z dna
        naszej mowy...
				  
Podłogo nasza,
błogosław nam pod nami
błogo, o łogo...

[Garwolin, 16 listopada 1954 r.]




Rzeczywistość nieustalona

Skrojone według jednego manekina
połyski przechodniów.

Kubistyczne lustra
po guzikach
po morzach.

Ziarno rdzy na nowy kolor
starej szuflady.

Ściany zmieniające skórę jak węże.
Gruby kurz
który rośnie
pokoleniami szarych baranków.

Wypozyczalnia sennych przeżyć
czyli druga historia świata.
      
      



Stołowa piosenka prawie o wszechbycie

Okami sęków 
pawi się stół 
pawi się stół 
        bukowy 
        sosnowy 
        dębowy 
                 konar 
odkryty w pół.
.    .    .    .    .    .    .    .    .    .    .    .    .    .
Ma stół wymiary 
        równości
                 z tajemnym bogactwem uchybień 
                 z poezją formy 
                                      po lesie 
                                      po zmarłym 
                                      po grzybie
 i topografię iście salomonową.

I stało się  s t ó ł  słowo.
.    .    .    .    .    .    .    .    .    .    .    .    .    .
Sadzają do stołu
        w koła, w prostokąty 
        swoje sprawy 
        swoje wyglądy

— stół to wół —

podnoszą się od stołu
na wagach
               śniadań 
               rozmów 
               min...
.    .    .    .    .    .    .    .    .    .    .    .    .    .
W stole

tłum dłoni czyhający też na chiromantę 
naczynia słojowate z fermentem przestrzeni 
i ten sam co w nich płyn.

Gdyby wyłożyć wszystkie linie?
Gdyby zdobyć drewnianą Jerozolimę?
Gdyby wozami Eliasza
        przepchać się przez globy i próżnie 
        które w stole milczą czy dudnią?...




Swoboda tajemna

Przekazywali sobie ściany
jak plazmę życia.

Hodowali w rodzinie
       pra-szafy
       pra-klamki.

Gdy rozkręciły się zwoje schodów,
gdy poszedł dom
                        na dno,
czuli: szafa została w ich małej wątrobie,
mysleli prawie: kredens istnieje
                                             poprzez powiedzenie.
       wystarczy zaskrzeczeć ustami —
       śmieją się drzwi...

Krajobrazem rozłupanym na syntezy
szli do podłogi obiecanej,
którą obiecywał
każdy sam sobie.

Nie zaśpiewali Eklezjasty.

Marność jest dla wybranych.

Wybranych jest mało

Albowiem — wybiera
            każdy —
                     sam siebie.

[Warszawa, 28 lutego 1954]




Szare eminencje zachwytu

Jakże się cieszę,
        że jesteś niebem i kalejdoskopem,
        że masz tyle sztucznych gwiazd,
        że tak świecisz w monstrancji jasności,
                gdy podnieść twoje wydrążone
                pół-globu
                dokoła oczu,
                pod powietrze.
        Jakżeś nieprzecedzona w bogactwie,
        łyżko durszlakowa!
			  
Piec też jest piękny:
ma kafle i szpary,
może być siwy,
              srebrny,
              szary — aż senny...
a szczególnie kiedy
tasuje błyski
albo gdy zachodzi
i całym rytmem swych niedokładności
w dzwonach palonych
                   polanych biało
wpływa w żywioły
obleczeń monumentalnych.

[Garw(olin), 18 lutego 1954]




Sztuki piękne mojego pokoju

1. Szkoła śpiewu
Szafo szafo Semiramido piramido Aido opero w trzech dzwiach! A od każdych rozwidnień zaświeceń błyszczysz w cztery płaskie świece. Gdybym umiał śpiewać w tobie ach spróbuję arii „O szafo...” Jeden powiedział: taki żydowski kloc — ta szafa to Golem. I kto wie? Kto zna jej noc? I jej żyrandole?
2. Szkoła tańca
Pod moją różową tapetą arcy-moja różowa na trzy takty pufa. — — Gramy Fredrę albo Moliera. O n a (wybiera, podrzuca tekst): ...O Klaro! J a: O Klaro, kiedyż przyjdzie chwila wypłakana... O n a (podpowiadając): ...sroga sercu rana... J a: Pani na imię Klara? O n a: Czy to postać rzeczy zmienia? J a: Ach, pani się zarumienia... A jest zawsze przecież otulona w warszawskiego księstwa amaranty więc co chwila jako czwarty z trzema jej turniurami tańczymy kadryla... I tak schodzi mój czas delikatny.
3. Szkoła nieprzyzwyczajenia
Firanka — na zwierzęta nastroju pajęczyna z okazji świata. Uczepiony jej pająk mojego pokoju „soir - espoir” a to - już się rozwidnia. Wieczorem dotknąć kroju krzesła — brzdąknąć na byle linii siennika — posmakować suchy okruch sufitu — to wpadają stadami wszystko co się skojarzy jak ćmy — czego by nie pomyśleć. Tyle ich! Tyle ich! Aż krążymy i my - i wołamy (ja, piec, sienniki): „Aniołki - aniołki siadajcie na ścianie tu tu!!!” Siadają. Śpiewają gamę: do my sły rze czy wi sto ści rze czy wi sto ści do my sły — — Uczepiony jej pająk mojego pokoju a to - już się rozwidnia. Puste oka mrugają firankę. Teraz tylko — przeznaczenie welon Ananke — albo bogini zmęczenia byleś tylko nie zesłała do rzeczy przyzwyczajenia.

[Warszawa, 4 października 1954]






komentarze i interpretacje [dodaj...]
reklama

 :: polecamy
 :: doszukaj

 :: krzycz!
autor: JRVvfogZMiOsM
data: 2010-08-27 07:03:16
pVyNBzaCQDT
 :: najpopularniejsza poezja
wiersz
Wywiad
cykl
Kabaret Kici Koci
tomik
Obroty rzeczy

 :: Białoszewski najtaniej
lideria.pl
Sprawdzone sobą. Wiersze wybrane
 :: losowe zdjęcie                     
wygenerowano w 0.943 sek. | engine&gfx © 04-07
zawarte materiały są chronione prawem autorskim