::: ogółem 2617612, dzisiaj 893 odsłon strony :: aktualnie 9 osób przegląda stronę :: w ciągu ostatniej doby 99 unikalnych odwiedzin ::: 
aktualnościpoezjaprozateatrgaleriarękopisy
wywiadyo mironieksięga gościbłahostkidodajlinkownia

czytano 2189 razy


cykl: Donosy rzeczywistości


Cytaty

— Wszystko to przerabiałam.
                          Ledera

Są takie chwilee,
że jak się schylee,
to mam cię w tyle...
                          Pijak w pociągu do Kobyłki w Wigilię podczas
                          podczas dwugodzinnego stania pod sygnałem

— I tak cała zimę muszę siedzieć na tej pace.
                          Roma w Otwocku, jak Igor był mały

— Ona jest taka dwulewicowa.
                          Z rozmowy telefonicznej

— Mówię ci, Lesiu, te sny to człowieka nieraz na cały dzień
zrujnują.
                          Ciotka Genowefa ze Świerzowej

— Jeden tylko ksiądz szedł... Księża znajomi byli, ale szli po
cywilnemu. Zaraz się zapisałam do partii. Bo jestem wierząca, ale
nie praktykująca. Tego dziecka nie chciałam... o, tak się urodziło.
Jeden, niedorozwinięty, jest w Iwoniczu.
                          Znajoma napotkana pod Krosnem do Le.

— Tylko nie Siopena, tylko nie Siopena.
                          Dziecko Waldka

— Raj. Tylko tu.
                          Lu. w Wołominie

— Tu mieszkać.
                          Lu. w Sochaczewie

— Niechby się, panie, tylko zaczęło, to zaraz tu się naprzeciwko
zajmie mieszkanie.
                          Mój ojciec w 1955 roku jeszcze

— Chciałam zrobić głowę stryja, ale się nie zgodził. Gdyby Jur
mu powiedział o naszym stosunku, toby się zgodził. Chciałam
robić głowę Przybosia, ale nie mogłam go złowić.
                          Marylka

                          Mama do Baśki, w palcie, przed wyjściem na
                          targ do Pionek po 50 latach życia
— ach
— co ci jest?
— mój Boże
— no, co ci jest?
— bo człowiek jest taki mały

— moja nic nie je
— a moja nie, moja wszystko
— a moja nic
— moja je
                          Idące, ulica Warszawska, Otwock

— Jeszcze wy rządzicie!
                          W tramwaju na pomoście( do tych na
                          pomoście, nas)

— To wszystko jest pożyczane.
                          Ledera

— Nikomu nie wierzę.
                          Ledera

— Nieprawda, że jak się ściana świeci, to kolano (przy ścianie) nie.
Dopiero świeci!
                          Lu.

— Jak nie kaszlę, jak mi nie wali serce, jak mnie nic nie boli, jak
mnie nie dusi i jak mi nie wyskakuje przepuklinka, to czuję się
świetnie.
                          Barbara Nalepowa
                          przed śmiercią na rok, dwa

— Po co pan ma jechać do Lublina? Pan wsiądzie dwie stacje
bliżej: też Matka Boska płacze.
                          Jedna poasażerka do mnie przed Lublinem
                          w pociagu, w okresie kiedy Matka Boska
                          płakała w Lublinie.

— O matko, znów spadł mi pies!
                          Ledera

— Ja znam te semestry. I wiem, co ze sobą zrobić. Ale ludzie są
niemożliwi, niemożliwi. Ja znam te semestry. Ja mam co zarobić,
ja muszę swoją robotę odrobić.
                          Pijak w pociągu z Otwocka

— Uch, ale jestem pijana!
                          Jedna „taka” podobna do tego Chrystusa
                          z włosami na plecach, skręcająca w Aleje,
                          łapiąca się za gałązkę

— Przepraszam pana, ja tu zostawiłam szproty.
                          Emfazy w Filharmonii

— I to się zmarszczy? to się kiedyś zmarszczy?
                          Hania Nałkowska młoda przed lustrem

— Nie wierzę w to, że umrę.
                          Ledera

— Wiesz, Miron, Mauersbergerowi dzwoniło w uchu przez miesiąc,
poszedł do lekarza, a to był świerszcz u niego w pokoju.
                          Mewa

— My nie chcemy odpocząć.
                          Mewa z Heniem

— Syn Marnotrawny (Rembrandta) ma w pięcie wszystkie
problemy malarstwa.
                          Lu.

— I to dosłownie.
                          Lu.

— Błagam was, tylko nie róbcie tłoku...
                          To ostatnie, co usłyszałem od Barbary,
                          jak wychodziłem z Lusią z jej pokoju. Za
                          kilka godzin umarła. Zrobił sie przy niej
                          straszny tłok. Na pogrzebie — 1000 osób.
                          Aż tratowali groby.

— Wszędzie jest jednakowo.
                          Ala do Janka, oboje z kocem, jak szukali
                          trawy,tej lepszej, bo każda z daleka
                          w skrócie wydawała im się lepsza.

Siedzę u Mewy. Coś spadło. Mewa nic. Siedzi. Pytam:
— Coś spadło?
— Tak. Zawsze coś musi spadać.

— Jak służyłam u tych Rosjan na Długiej, mieli pięć pokojów,
to bekało i bekało. Po nocach. Przyszedł Dziadek Kubek.
Nocował. Bekało i bekało. Aż sprowadzili popa. Wyświęcił.
I przestało.
                          Ciotka Andzia

— Pamiętaj, że jestem pijany, ale jestem inteligentny.
                          Broniewski do mnie u pani Zawadzkiej
                          o 3 w nocy

— Radość w sercu! Radość w sercu! — i wystawiał swoją żonę
za okno, jak się złościła.

— daj spokój...nie lubię geografii...
— dlaczego?
— bo się wciąż zmienia
                          Lu

— Wiesz, Leszek, bo mnie cholernie interesują ikony.
                          Ze spotkanie Le. So. z kolegą sprzed 20 lat

W Cepelii na Krakowskim Przedmieściu, wchodzi baba, i od drzwi:
— Ikony są?

— Ona przyjedzie na te dwa dni... na ten praznik... no... na
Rewolucję...
                          Reginka

— Nie wrzeszcz, bo ci zrobię dzieciaka.
                          Ze Szkoły Handlowej

— Nasza mamusia maluje, śpiewa... i tworzy.
                          Basia o Ciotce Władce z Grodziska, artystce

— A kto nie jest zachwycony soba?
                          Mama Lencowa

— Dzidzia, nie głosuj!
                          Uczennica z Włoch do przechodzącej pani
                          pod pięćdziesiątkę na uwagę tej pani, żeby
                          się tak nie pchały na ulicy, jak się mijały,
                          bo ciasno od śniegu, a one szły parami, tę
                          panią ta odpowiedź zatkała, a ta i te inne 
                          poszły od razu dalej na wysokich korkowych
                          nóżkach dryp-dryp

— Lalunia, tylko nie mów,że my tu jesteśmy.
                          Te panie, pochowane na noc w nowoczesnych
                          śmietnikach na schodach na Śniadeckich, do
                          treciej żony Igora

— Prawda, pani Heleno?
                          Pani Helena z papierosem w fifce, z pumek-
                          sami i przesuwając się na ścianie kamienicy
                          na Brackiej do rogu Chmielnej do Pani Heleny
                          tej z rzodkiewkami

— Dziecko, nie śmiej się, to są poważne sprawy.
                          Lu. do Lu. Kiedy wekslowaliśmy pociągiem
                          z Wrocławia z workiem od występów teatral-
                          nych na perony Głównego w Warszawie, a ja
                          przedtem waliłem w kanapę PKP, żeby Lu.
                          wstała, bo spała , a była 6 rano, i ona się zbu-
                          dziła i w śmiech, bo ja cały kurz na siebie, a
                          Lu. na to właśnie tak, bo w Warszawie wody
                          nie było, Wisła zamarzła niżej ulotów rur, na
                          Marszałkowskiej sprzedawali po 8 zł kubeł
                          wody, Lu. żałował, żeśmy nie przywieźli
                          z sobą choć wody w butelkach.

— Lesiu, ale tobie będzie żal umierać!
                          Ciotka Genowefa do Le. po jego opowia-
                          daniach po powrocie z Włoch, Hiszpanii,
                          Holandii i Lourdes

— Dziecko, ty teraz siedź tu, a ja przesiądę się do tylnego rzędu,
bo teraz mnie mogą pobić.
                          Witkacy do Mewy na swojej sztuce

— Już wiem, ja do wszystkiego mam stosunek.
                          Lu. po powrocie z budki telefonicznej
      



Jazda do Otwocka

                                                                                      czerwiec 1963


   Raz jechałem do Otwocka( 4 czerwca, wczoraj). Ledwie pociąg ujechał 
Stadion i rusza dalej, aż tu lecimy na siebie. Już zahamował. A że się 
zmiarkował. Bo co? Trzask! trzask! wychylamy się oknami, z mowami: co? 
kto? Ktoś, pod (ten nasz). Ale z domysłami. Wypadali. Zastawiali miejsca 
teczkami, torbami albo z rezygnowaniem .Ja stoję. Ci polecieli. Ten pijany–
podpity zastawił na oknie, poleciał. Bo już wypatrzyli:
   — wleciał
   — lecę wyciągnąć!
   — no leży — mówią, powtarzają, pokazują, na peron
   — ale jak wleciał, że aż nogami prawie pod przód pociągu
   — ale że tak zahamował
   — więcej miał szczęścia jak rozumu.
   Mnie tu każą siadać:
   — siadaj pan, wolne, widzisz pan, polecieli — siadam, siedzę — wrócili 
tamci, ten podpity od teczki i ci; ten staje u okna. Jeszcze jeden — też 
z tych — wraca, to jego teczka, bo tamten mu ustąpił, znajomy.
   — a ten pan?
   — z ta panią...
   Odezwała się coś o tym wyciąganym. Ja też coś.
   Okazało się — to jej mąż. Ten z teczką. nie ten w oknie. Ale i tak nic (nie 
ma tu do zrozumienia). Wszyscy chcieli ze wszystkimi, najwięcej nasz 
podpity: 
   — żołnierz — (bo wpadł żołnierz) — aaa... no wyciągałem... nogi mu 
wpadły, ale jak on się tam przedostał, o, głowa ledwie przeszła — i powtarza, 
i znów — o! zegarek, pasek mi pękł przy tym wyciąganiu, ale mu nic tam 
chyba nie jest, chyba żebra, za to to ręczę, oczy w słup, ale tak to cały, no, 
chyba nic, pewnie nic, zaraz go nieśli
   — a mówił co?
   — nie, oczy w słup, o tak, pewnie żebra, albo i to nie, zaraz go podprowa-
dzili tu na komisariat na peronie...
   — co tam wiadomo, jak oczy w słup
   — e, jakby ci, toby co, a tak, to sam szedł, znaczy, prowadzili go
   — co pan, panie... sam szedł! czterech go niosło, widziałem
   — co pan mi mówi, ja go wyciągałem; pan widział — (to do drugiego), 
ja wyciągałem, byłem przy tym, pasek mi pękł, o! od zegarka, sam tam 
byłem, znalazł się! patrzcie! widział, że nieśli!... ja niosłem, owszem, na 
peron to żeśmy go wynieśli, ale dalej sam...
   — co tam dalej, czterech go niosło, oczy w słup, i sam dalej! też pan, panie
   — panie, tam oczy w słup, z samego strachu
   — jakby mu wlepili, toby się poderwał
   — to co, będzie siedział?
   — tam będzie siedział, wiadomo, czy żyje?
   — nie żyje, nie żyje, sam go wyciągałem
   — dużo pan wie
   — pijany musiał być
pijany–podpity na to , i ode mnie , i od tej pani:
   — a co, trzeźwy to nie wpadnie?
   — wpaadnie — potakuje ta pani
   — za pijanym diabeł chodzi — mówi podpity i nachyla się do mnie — za 
pijanym diabeł chodzi
   — w saperkach był... wyciągali go, postawili, oczy w słup i się przewrócił... 
wiadomo co? ale pewnie nic, pijany...
   Rozsuw drzwi, z zamachem. Skrzypce. Ten od teczki głupio w śmiech, ten 
siedzący, ten podpity, objaśnia. Pan. Starszy. Skrzypek. Kolejowy. „Szła 
dzieweczka do laseczka”. Nie pamiętam: drugie, trzecie? Czwarte „Budiet 
słońce.” Ten szczerzy zęby i szczerzy. Od teczki. Ten gra. Ten gada:
   — w saperkach, sam wyciągałem
   — a co? — pyta ten, co gra
   — wpadł żołnierz... — i opowiada. Ten dokłada. Ten dokłada. Skrzypek nie 
przerywa. Dopytuje się. Mówią mu i mówią. Dogrywa. Przerywa. Melodię. 
Sam opowiada. Jak to kiedy indziej. Też jechał. Nagle pociąg podskakuje, 
staje jak wryty. Ano ktoś pociągnął za hamulec. Bo ktoś wpadł. Lecą. Leży. — 
A... tu noc... tu świecą. Tego... a! — Gra. A ten szczerzy zęby. Do gęby tego. 
Co gra Obertasa „Kaśka, Maryśka”. Ten od teczki, śmiejący się, gada do 
grającego. Grający gra. Przerywa. Do śmiejącego. Coś. Gada. Gra. Tamten 
coś do niego. Ten gra. Obficie. Skończył. Nie zbiera pieniędzy. Po takich 
zbiegach wypadków... Już jest w drzwiach. Nagle podpity. Mu:
   — co pan gra? co? co pan gra? żebranina
   — panie, za Niemców mnie nie zmusili do pracy i teraz mnie nie zmuszą
   — poszedłby pan do pracy, jeszcze pan może...
   — cooo... mam swoje sześćdziesiąt! — (a nieprawda)
   Nagle kobieta woła:
   — o! leży drugi na peronie!
   Aż i ja dopadłem okna. Oni przede mną. Falenica. Leży, leży. Pod białym 
papierem. Dużym ( nic nie widać). Ci z drugiej strony przedziału nie dowie-
rzają. Podpity informuje:
   — no leży, przykryty gazetą
   — nie gazetą, a papierem
   — chachacha! — przedział na to
   Jednak zdenerwowani. Palą. Ta pani wyciąga papierosa. Pali. Ja też (Bo i 
bez tego.)
   — co za fortunowa jazda!
   Tamci (z przeciwka) nie do końca wierzą. Podpity dowodzi:
   — tak, rąbanka leży... a co może leżeć pod papierem na dwa metry? co? 
cielak?
   Nareszcie zgoda. Wiara. I że fart.
   Pijak mówi:
   — jeszcze będzie trzeci
   Nie chcą. On grozi. Grajek zniknął. W Józefowie druga kobieta z tamtych 
okien woła:
   — o, trzeci! leży
   Wszyscy w tamte okna. Ja też. Teraz my nie wierzymy. Patrzymy, 
patrzymy. Jeden pan pół z uśmiechem mówi:
   — e, niee, ten się rusza
   Jedziemy już. Faktycznie się ruszył.
   — ruszył się
   — żywy
   — pijany
   — ach...no tak — wszyscy się uspokajają.
   Podpity wstał. Do drzwi
   — lepiej wysiąść wcześniej, radzę, to pechowy kurs
   — idź pan, co pan— śmieją się, krzyczą, podejrzewają
   — radzę wysiąść! przed Otwockiem, ja tam wysiadam.
   — co pan straszy, co pan straszy — palą.
   Wysiadł w Świdrze.
   Oczywiście w obydwu miejscach, gdzie byłem, w Otwocku, naopowiadałem 
się, co było. Pod noc wracałem. Coś czułem. Naprzód. Że w Falenicy. Niby. 
Wychodziło na to zresztą, że nic z tego. Tyle godzin. Gdzie by leżał! Ale sam 
peron. A teraz, w odwrotną stronę, będzie bliżej. Ten peron. Okna. I jeszcze 
pomyślałem sobie, że skoro taki duży biały papier. Pewnie z bufetu. Ale go 
nie rzucą nigdzie, tak, ani nie wyrzucą. A że on leżał blisko dworca, pod 
ścianą. To papier na pewno jest. Złożony. Wetknięty w szparę, w kąt, blisko. 
Uważałem. Stałem w oknie. Wypatrzyłem. Sam cieszyłem się z odgadnięcia, i 
z siebie, że czego mi się chce, ale że jestem ponad to w sobie. Czyli — stać 
mnie na to. Peron był oświetlony. Papier był wetknięty (złożony) w szparę 
muru koło rynny i nieczynnych drzwi.
      
      



Od beee do muuu

                                                                     z lat 1965—7 spisane w 1969


   „Bee-ee-eee” — wystarczy w liście i wystarczało.
   Pozdrawiali się tak już Cymi z Le.
   Ona przyjechała na Zielone Świątki,
   On z łazienki:
   — Cymciu, beee-eee!
   To Cymcia chyłkiem tam i jak w tunel (aż Le. zbaraniał):
   — Beeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeee!
   A poszło od tego, że w Katowicach staliśmy z Adasiem przed słupem za-
gapieni w repertuar. Obok tak samo stała i śledziła pani starszawa, nobliwa, 
z koszyczkiem, w płaszczu.
   — Generał Nachimow — czyta ta pani — generał Nachimow... Beee-ee-e — 
ale jak nagle, jak głośno, jak jej profil (tu to dosłownie) zbaraniał, ubaranił 
się. Poszła. W ulicę. Wróciła. Do śmietniczki. Jakieś papierzydła do koszycz-
ka. Idzie dalej. Staje. Skręca w podwórko. Długie długie. Już wiadomo. Że 
tam ma sprawę. Na końcu. Bo tam śmietnik.
   Drugie „Beee-ee” panowało na placu Dąbrowskiego. Zapanowało nagle. 
Niby tylko dzieci. Ale to zaraża. Spod podłogi codziennie o piatej wieczor-
kiem— bo to zimą— beczało. A pod oknami, na skwerze— pół dnia, groma-
dami.
   Potem to przekazałem Cymi,  ale nim zrobiła  „Beee-ee”  do Le., była 
w krowie, białej w czarne łaty, w Wiedniu to modne, elegancja, u nas nie 
widywane. Oglądaliśmy na P-P ogryzek Pawiaka (ten , co raz z Adasiem 
obsiusialiśmy ani się domyślając co), oparci o murek, tyłem do ulicy, a było 
pełno i skwar, i niedziela, i południe, i wtem
   — meee
   — meee
Trącam Cymcię. Cymi się odwraca do nic, choć już przeszli:
   — nie meee, a muuu.
Odwrócili się. Patrzą. Poszli.
        
        

[1969]




cykl: Kabaret: Pieśni na krzesło i głos


Wypadek

       (krakowiaczek dotąd śpiewany dokąd się sam nie urwie)

herbaty nie dopił
w kasie sie zatrzasnął
w nadliczbowych godzinach
w Wagons Lits et Compagnie
w tysiąc dziewięćset czter-
dziestym siódmym roku
aż do dziś nie wiado-
mo bo może po pro-
stu bawił się w teatr
      
___________ 
Teatr Osobny, pierwszy program — Kabaret: Pieśni na krzesło i głos
Autorstwa Ludwika Heringa, zob. «Dialog» 1977 nr 11 s. 174 w dziale
„O Mironie”
     





klapa [UWAGA! NIE AUTORYZOWANE!]




niemoc [UWAGA! NIE AUTORYZOWANE!]

gdy jestem z tobą nie wiem co czuję
raz cię kocham  a raz nienawidzę
dwie parafrazy wszystko zmieniają
życie ulatujące ze mnie jak powietrze

[16.04.2009 Włoszczowa]






pruje się kraj... 
wszystkiego naj-
                        lepszego





Skrojone według jednego manekina
połyski przechodniów.

Kubistyczne lustra
po guzikach
po morzach.

Ziarno rdzy na nowy kolor
starej szuflady.

Ściany zmieniające skórę jak węże.
Gruby kurz
który rośnie
pokoleniami szarych baranków.

Wypozyczalnia sennych przeżyć
czyli druga historia świata.
      



sprawdzone soba

Stoi krzesło  :
artykuł prawdy
rzeźba samego siebie
powiązana w jeden pęk
                   abstrakcja rzeczywistości.
				 
Połamało się.
I to też forma
           tak - świecznik
           tak - mina byka.
		
Abstrakcyjne powołanie krzesła
przyciąga teraz
całe tłumy rzeczywistości
wiąże w jeden pęk
w składzie prawdy
                rzeczywistość abstrakcji.
      

[2008 rok]




Szkoła śpiewu [To część wiersza „Sztuki piękne mojego pokoju”— DO USUNIĘCIA]

Szafo szafo Semiramido
Piramido
Aido
Opero w trzech drzwiach!
A od każdych rozwidnień
zaświeceń
błyszczysz w cztery płaskie świece.
Gdybym umiał śpiewać w tobie
ach
spróbuję arii "O szafo..."
Jeden powiedział:
taki żydowski kloc -
ta szafa to Golem


I kto wie?
Kto zna jej noc?
I jej żyrandole?
      
      



Wywiad

M i s t r z M i r o n
Puka? Kto?
(uchyla)
Acha...
Chwileczkę... już

P a n i g o ś ć
Pan woli ludność czy bezludność?

M i s t r z M i r o n
Trochę bez, trochę z

P a n i g o ś ć
z z z, to nie przeszkadza?

M i s t r z M i r o n
jak fruwa - nie, w rurach - nie,
jak za długo siedzi - tak

P a n i g o ś ć
Tak się rozglądam, dobrze tu panu?

M i s t r z M i r o n
Przeważnie... przepraszam, pani nazwisko?

P a n i g o ś ć
Na "ś"

M i s t r z M i r o n
Śpiwko... Śpiaw... nie?

P a n i g o ś ć
Śmierć

M i s t r z M i r o n
(zatkany)
(przez sztuczne zęby)
Ledwie wpuściłem
myślałem, że dziennikara

P a n i g o ś ć
Kara

M i s t r z M i r o n
Za co?

P a n i g o ś ć
Za życie

M i s t r z M i r o n
Już?
(pada na dobre)
( z kieszeni M i s t r z a M i r o n a wysuwa się chytrze kartka)
"Nie każcie mi już niczym więcej być!
Nareszcie spokój"

[Bobek_Twój]




cykl: Spiecie [UWAGA! NIE AUTORYZOWANE!]


cykl: [Juwenilia]


Chrystus powstania

Na ramionach usnął ci ogień 
kołysze go w brąz płonące miasto 
dwa stosy masz zamiast powiek 
ale jest krzyż z gorących oddechów

Idź przez mur do czerwonych arkad 
między popiół tłumu 
i przemieniaj na wargach 
ogromne liście płomieni w wino

Barykady jak Góry Oliwne 
szumią okruchami kości — 
dłoń po dłoni wywlecz 
spod ziemi bruków i odpuść

Wstąp w Jordan kanałów — 
w szlamie zielonym jak wieczność 
szukaj nieżywych włosów: 
w Imię Ojca... i Ducha...

[Warszawa. Dwutygodnik. 2, 1947, nr 5 s. 6]




Jerozolima

1
 
Naprzeciw siebie zatrzaśnięte
żelaznym chwieją się lamentem
drzwi Małego Getta,
drzwi Dużego Getta — — —    
 
Za pojazdami   przy murze
tłoczy się karawana chrześcijan,
patrzy w to Małe i Duże,
gdzie naród Melchizedeka
oczekuje przejścia...
 
Przez czarne galerie prętów
spojrzenia ścigają się prędko,
aż dwoje wrót
skrzydłami ku sobie łopoce
i jezdnię w poprzek zamyka
jak Morze Czerwone:
Getto się jednoczy!
 
I wówczas
               migają:
siwe plamy bród,
przekrwione oczy,
toboły,
ruchy rąk,
tramwaje konne,
kolumny riksz...
         Na straży
         niemieckie twarze
         wlane w spiż.
 
2
 
We świt   dniem wzbierający
starcy zdławieni, czarni,
jakby łańcuchem kroków
                              związani
przechodzą...
               przechodzą...
               w głąb getta-gehenny — — —     
 
A ówdzie
               proroków cienie
               czy głos wiekami pełny:
 
               „Jerozolimo...
               — — — Rzekł Pan do Pana mego:
               siądź mi po prawicy,
               aż wszystkie twoje wrogi
               dam za twój podnóżek... ”
 
A tamci
               oślepli czerwonością muru
widzą tylko
               ścianę płaczu.
 
3
 
Żydziak
wiekami strasznych chwil
wyschnięty na mumię
skrada się,
by nie widział tamten
i jedno rozumie:
„Jahwe...
buraki... kartofle...
cebula...
dla matki...
dla braci małych...”
 
Sinego potu krople,
ręka łachmany przytula,
„Jahwe!”
 
Na skrzyżowaniu asfaltów
skrwawione-ciało, wyrzucone z bunkra;
cebula sypie się z palta...
bezwładna ręka na drutach
sina jak kartofle
dla matki, dla braci...
Nie! Nie oszukał!
Za czerwone buraki
czerwoną krwią zapłacił!
 
Cień żydowskiego psalmisty
chyli się
nad jękiem dziecka niskim:
               „Chwalcie, o dziatki, Pana,
               Pan jeden godzien chwały...”
 
Lecz ono nie słyszy psalmisty
„... dla matki
... dla braci małych
cebula.......”
Ostatnie słowa z warg
                               wyschły.
 
4
 
W sabat
z wysokich okien granicznych
różowieje pościel.
 
W szczątkach szyb
nie płoną święte menory.
Tylko od dołu
               z ulicy
lichtarze luf
goreją w cel
               ku oknom.
 
A z głębi getta, jak z bożnicy
jęk... wycie...
niby modły
Sądnego Dnia.
 
I tylko prorocy
kołyszą się w pokłon:
       „Jerozolima — dom nasz, dom boży,
       a chwała jego do końca wieka...”
 
Nie słyszy nikt.
 
Wśród trotuarów
gorący słońca balsam
na zwłokach zmarłych i chorych.
 
Widma proroków
czytają słowa z Tory,
co przyrzekł Pan sam.
 
Nie słyszy nikt.
 
5
 
Na torowiskach Powązek
rzesze
               gnane
pustynią przedmieść
ku ziemi nie-obiecanej
bez Mojżesza...
 
Gwiazdy wieczoru
jak lampki oliwne chanuki;
przestwór
jak synagoga.
 
Skądś płynie rozkaz
— po torowiskach Powązek:
ludzie stanęli
                              zastygli
w rzeźby świątynne z brązu...
I stała się scena z biblii,
nowy testament Boga.......
 
Nie........
Strach jest zimny
i senny,
czucie ucieka z żył...
śmierć się tym czuciem zamgli...
 
Nie ma kamiennych tablic
ni góry Synaj.
Są tylko hełmy
                              i karabiny
i trumny zachlorowanych wagonów.
Jest Getto-Jerozolima!
 
6
 
Tam — — w męczeńskim mieście
wśród ulic jasnych i złych
między posągi trupów
błądzą psalmiści
grając na strunach zardzewiałych drutów:
„...... Jerozolimo....”
 
Nie słyszy nikt.


___________
„Poezja” 1985 nr 12 s. 3-4



Ty — tęsknota

Wieczór jest pełen białej ziemi
I czarnego nieba
I teraz już wiem
                       przez drzewa
wyciągające szronowe palce
gałązek
że we mnie trwasz
 
Nad kopułami krzewów
Okrytych chochołami śniegu
Unoszę Twoją twarz ...
 
Zaczynam rozumieć w tę noc
bez gwiazd
Że trzeba mi tworzyć Twój głos
nad wiatr
 
Opuszczam głowę,
Aby dotknąć włosami wizji Twych rąk.
Czy wiesz, że mi zimno,
Że mi brak — tych rąk
I dopóki nie zamienię ich ustami w dotyk,
Przestrzeń nie będzie inną
Od tęsknoty

_________
Niniejsza wersja tego wiersza była opublikowana bez 
tytułu, ale z datą w czasopiśmie „Poezja” 1987 nr 9.
      
      

[Gdańsk, 20 stycznia 1946]




cykl: [Wiersze dla Le. So.]


Wiersz na wysoki połysk

na klapie biurka
kwiaty
cierpliwe i nie
kręcą się
— złoto moje
już oklapły

ale zostały po nich portrety 
ile kwiatów ma dziś portrety? 
będą się inne podszywały

[13 lipca 79]




Wiersz prywatnie napisany na wyłączny użytek dla Le. — malarza

szczęście w słoikach 
niebieskie czerwone 
bia-
łe
anioł ledwie tyka 
kwiaty w jedną stronę 
i wracają 
malowanie chodzi chodzi
— aaa
— eee?
— aa
— e

[któregoś sierpnia, Warszawa 1977]






            wiersze
            wieszcze
            wieprze
miotać wiersze przed wieprze? 
nie wypada, 
lepiej na odwrót 
miotać wieprze przed wiersze 
ale co te wieprze 
mają zawsze padać ofiarą?

[wersja 1.]

            wiersze
                      wieszcze
            wieprze 
miotać wieprze 
przed wiersze? 
e, zawsze te wieprze 
padają ofiarą

(ta druga wersja chyba najlepsza
                                               M.B.)



cykl: [Wiersze rozproszone]


Ballada o wyplataczce krzeseł

Jej powołanie — tajemnicze:
musi pleść.
Nie przedostaje się przez Wisłę,
sam na lewy brzeg.
Jej — jednym łykiem
przeciąga życie
równiutko, gładziutko
jak krem.

Z kremowego...

Z łyka — osnowa
Z łyka — wątek.
(Z łyk herbaciny.)

Dawne przez dawniejsze
raz igłą, raz miną — w krześle
przesadza — aż trzeszczy.

Żądłuje dratwą
roi w krem kratkę
komórkuje ramkę
wosku plastrem.

Przełapuje — pion — bok — skosami
do prawej od lewej do prawej
pojedynczo lub na dubelt
trzy dni w jednym ulu dłubie.

A jest:
         rąk lnianych
         rzęs białych
         oczu lnianych
         zmarszczek białych
         włosów lnianych
         rąbków, strzępków
         stołeczka siwego
         i w zaplecenia posłannictwie
         na sam raz: gdy się krzesło wypchnie.

Kilometry łyka wnosi
w białym dzbanie
na czarno odbijanym
od róż emalii.
I tam ma nocną koszulę
w wieczny deseń krwi
na dowód delikti,
że
„jej” ją bił i bije i pije jak pił
i to nie z alkoholii
ale że kocha
ale że zazdrość
melancholie
bo ona ma całe ciało
lniane: a — o!
i z tym obiciem — jak emalię
i wszystkie za nią
na ziemi siadają
powietrze z podziwem
każdy łyka.

Z łyka — na skos.
Z łyka — poziom.
Z łyka — pion.
(Z łyk herbaciny.)

Raz brzeg
Siekierek,
Raz Mary-
              mont,
ima łyko, okręcz czółenko
i ma — to lewe kółko z Wisłą.
I nie ma nic na imię, na nazwisko,
tylko w ogóle „Okólna”.

Przykręci się - musi pleść!
Nie pomoże: krzesło wynieść,
znajdzie: „nadal służyć powinnoś”.

Którym w kratę do roku
dokrzyżuje misję,
tam mają trzy dni,
tam mają doroczny dopust
na — jak się krzesło wypchnie.

Kiedyś — jej się skrzyły
całe garnitury,
słupki na kwiatki,
stoliki, kanapki,
konfesjonały.

Teraz — tylko te plecy
Teraz — tylko te zyce.
Że żal łapie za ręce.
Że w oczach żalu zarzewie.
W jednym ruszcie trzy dni grzebie.

Każdy zmrok zetlały
drożki palcom gubi,
każdy osiwia-
                   ły
                     ka...
łyka - na skos.
Z łyka los to...
(z łyk herbaciny)
...to posłannictwo
                          nieustające
choć się zwijają w łyko łokcie
gdy głową - w skok - o krzesło - zaśpi
      choć nie wie, o co się ocknie
          że przerwie, że zacznie
            bo byle ledwie tknie
             co łyku, co dratwie
                czółenko - wie
                   jak tam te
                        i te
                        de


________________
[Wiersz ten był przeznaczony do cyklu „Ballady 
peryferyjne” w tomiku „Obroty rzeczy”, ale tam 
się nie znalazł.]

[Warszawa, 24 października 1955]




Nie beztroska ballada o Le.

Wchył głowy —
Dzielnicowy:
„Niech pan umyje szyby
bo zapuszczone mieszkanie”.
„Kto mówił?”
„Te panie”.
„Te panie?”
Jakie panie?

Jednocześnie włamanie
do domu Le. na wsi,
gdzie nikt nie mieszka:
„Przyjeżdżaj”.
Przyjeżdża.

Tam — wyjęta szyba
i odłożona,
tomik poezji znikł,
dedykacja równo odcięta,
kufer rozbity,
tylko dwie stare książki wzięte,
nic więcej.

Le. rękę pod obrus:
kilka dolarów znikło.
Ale tak — to jest wszystko.
A to wszystko
mdły wiew obrósł.
Szuka:
w wiadrze kupa,
podtarte pergaminem.
Jeszcze coś mdli.
Szuka.
Portiera opadnięta
i zwinięta.
Odwija:
kupa.

Dziwi się Le.
Dziwią się sąsiedzi.
Ten by wziął? Nie.
Ten by wziął? Nie.
Nic nie pasuje do siebie.

Wraca do Warszawy.
Rymują się sprawy.
Na schodach szum.
Podsłuchał:
a to te
w oczy „tak tak”,
za plecami źle.

Dzielnicowy zagląda.
Le.: „uprzątłem, umyłem okna,
ale żeby w takie ciężkie czasy
czepiać się malarzy?”

I do przyjaciela do Holandii
list „jak tu trudno wpaść w samadhi”.
Tamten odpisał:
„Donosy? — gdzie ich nie ma.
A złodziej?
kiedy kradnie
boi się,
wali kupy
gdzie popadnie”.



_________________
Wiersz opublikowany w piśmie
„Wieści” R. 26, 1982 nr 10, s. 5





SZARE
ZIELONE
MIOTŁOWCE
święte krupniki
chrzany
otomanowce
żółte oczy, żółte oczy
i wszystkie kaszane
pamiątkowce

to one pokrywały Warszawę
w gruzach, na niej stały.

Nie zamiatały.

A teraz opatrują, kryją
od rozbiórki


____________
Wiersz ten był opublikowany w miesięczniku 
„Poezja” 1976 nr 2 jako należący do cyklu 
„Odczepić się”, ale w tomiku „Odczepić się”
się nie znalazł.

[31 lipca 75]






SŁOWIK SŁOWICZKA DOBRE SĄSIADY
ale pierun strzelił
— palicie się Słowiczka
— wiemy Norberciu że się palimy
ale może w tej komórce przesiedzimy
Norbercik buch Słowiczkę wyniósł


____________
Wiersz ten był kiedyś przeznaczony do cyklu „Zajścia” 
w tomiku „Mylne wzruszenia”, ale tam się nie znalazł. 
Okazał się w czasopiśmie „Poezja” 1985 nr 12.

[Garwolin, 28 sierpnia 1959]






W TEJ PERSKIEJ CISZY
W każdą noc pstrą i piórną
słyszę ko ko koturno,
grzee eebie sie

Znam was: zarżniecie noc
jak kurę
ona pochodzi z Persji też
podobno
w jej cieple siedzi wesz
niejedna.


___________
Wiersz opublikowany w „Poezji” 1976 nr 2
w cyklu „Odczepić się”, ale nie znalazł się
w tym cyklu w wydaniu książkowym.

[12 lipca 75]






komentarze i interpretacje [dodaj...]
reklama

 :: polecamy
 :: doszukaj

 :: ulubione wiersze
Wywiad - 888 głos.
Ballada od rymu - 743 głos.
Chrystus powstania - 686 głos.

 :: ankieta
Uważasz, że strona jest:
wspaniała
cudowna
genialna
niesamowita
inna ;)


 :: Białoszewski najtaniej
lideria.pl
Chamowo
 :: losowe zdjęcie                     
wygenerowano w 0.21 sek. | engine&gfx © 04-07
zawarte materiały są chronione prawem autorskim