1
Nie jestem godzien, ściano
abyś mię ciągle syciła zdumieniem...
to samo — ty — widelcze...
to samo — wy — kurze...
Jakże jednak tu nie ulec
twojej piramidzie mojego odosobnienia?
a twoim — brzękom nazwy
która nadziewa
moje ciasto ucha?
a waszym szarym — z was samych — drogom
w które i mnie zabieracie?
Tak
w mojej pustelni kusi:
samotność
pamięć świata
i to, że mam się za poetę.
Dziwię się
i dziwię siebie,
i komentuję wciąż żywoty otoczenia.
Więc nocą
mija dni czterdzieści
albo cały anachoreta,
a owe pychy
apetyty
swawolne wole
robią ze mnie gniazdo.
2
Kruk mi chleba nie przynosi.
a grota — numerowana,
wisi drzewo ze sznurków,
kwitnie papierami,
kwitnie świecznik ze stołowych nóg
a drugi świecznik — prawdziwy.
Ostatecznie — mówię z ludźmi.
Nie piszę dla samych szaf.
Więc bądź — o ja! — garbaty
garbem pokory przed ziomkami
i garbem porozumienia.
Zrozumcie po ciemku:
brzęczy srebrna korona stołu,
słychać miasto w skrótach i ukosach.
Zapalcie światło:
czy nie zamiesza się
każdy z was — w żółtej szklance,
dokoła której
ociera się półtora wymiaru?
Zgaście światło:
oto magazyn kontemplacji,
cały jesteś pokryty sercem,
rozgrzesz mnie!
Włóż, włóżcie papierowe kwiaty do czajników,
pociągajcie za sznury od bielizny
i za dzwony butów
na odpust poezji
na nieustanne uroczyste zdziwienie...!
|