czerwiec 1963
Raz jechałem do Otwocka( 4 czerwca, wczoraj). Ledwie pociąg ujechał
Stadion i rusza dalej, aż tu lecimy na siebie. Już zahamował. A że się
zmiarkował. Bo co? Trzask! trzask! wychylamy się oknami, z mowami: co?
kto? Ktoś, pod (ten nasz). Ale z domysłami. Wypadali. Zastawiali miejsca
teczkami, torbami albo z rezygnowaniem .Ja stoję. Ci polecieli. Ten pijany–
podpity zastawił na oknie, poleciał. Bo już wypatrzyli:
— wleciał
— lecę wyciągnąć!
— no leży — mówią, powtarzają, pokazują, na peron
— ale jak wleciał, że aż nogami prawie pod przód pociągu
— ale że tak zahamował
— więcej miał szczęścia jak rozumu.
Mnie tu każą siadać:
— siadaj pan, wolne, widzisz pan, polecieli — siadam, siedzę — wrócili
tamci, ten podpity od teczki i ci; ten staje u okna. Jeszcze jeden — też
z tych — wraca, to jego teczka, bo tamten mu ustąpił, znajomy.
— a ten pan?
— z ta panią...
Odezwała się coś o tym wyciąganym. Ja też coś.
Okazało się — to jej mąż. Ten z teczką. nie ten w oknie. Ale i tak nic (nie
ma tu do zrozumienia). Wszyscy chcieli ze wszystkimi, najwięcej nasz
podpity:
— żołnierz — (bo wpadł żołnierz) — aaa... no wyciągałem... nogi mu
wpadły, ale jak on się tam przedostał, o, głowa ledwie przeszła — i powtarza,
i znów — o! zegarek, pasek mi pękł przy tym wyciąganiu, ale mu nic tam
chyba nie jest, chyba żebra, za to to ręczę, oczy w słup, ale tak to cały, no,
chyba nic, pewnie nic, zaraz go nieśli
— a mówił co?
— nie, oczy w słup, o tak, pewnie żebra, albo i to nie, zaraz go podprowa-
dzili tu na komisariat na peronie...
— co tam wiadomo, jak oczy w słup
— e, jakby ci, toby co, a tak, to sam szedł, znaczy, prowadzili go
— co pan, panie... sam szedł! czterech go niosło, widziałem
— co pan mi mówi, ja go wyciągałem; pan widział — (to do drugiego),
ja wyciągałem, byłem przy tym, pasek mi pękł, o! od zegarka, sam tam
byłem, znalazł się! patrzcie! widział, że nieśli!... ja niosłem, owszem, na
peron to żeśmy go wynieśli, ale dalej sam...
— co tam dalej, czterech go niosło, oczy w słup, i sam dalej! też pan, panie
— panie, tam oczy w słup, z samego strachu
— jakby mu wlepili, toby się poderwał
— to co, będzie siedział?
— tam będzie siedział, wiadomo, czy żyje?
— nie żyje, nie żyje, sam go wyciągałem
— dużo pan wie
— pijany musiał być
pijany–podpity na to , i ode mnie , i od tej pani:
— a co, trzeźwy to nie wpadnie?
— wpaadnie — potakuje ta pani
— za pijanym diabeł chodzi — mówi podpity i nachyla się do mnie — za
pijanym diabeł chodzi
— w saperkach był... wyciągali go, postawili, oczy w słup i się przewrócił...
wiadomo co? ale pewnie nic, pijany...
Rozsuw drzwi, z zamachem. Skrzypce. Ten od teczki głupio w śmiech, ten
siedzący, ten podpity, objaśnia. Pan. Starszy. Skrzypek. Kolejowy. „Szła
dzieweczka do laseczka”. Nie pamiętam: drugie, trzecie? Czwarte „Budiet
słońce.” Ten szczerzy zęby i szczerzy. Od teczki. Ten gra. Ten gada:
— w saperkach, sam wyciągałem
— a co? — pyta ten, co gra
— wpadł żołnierz... — i opowiada. Ten dokłada. Ten dokłada. Skrzypek nie
przerywa. Dopytuje się. Mówią mu i mówią. Dogrywa. Przerywa. Melodię.
Sam opowiada. Jak to kiedy indziej. Też jechał. Nagle pociąg podskakuje,
staje jak wryty. Ano ktoś pociągnął za hamulec. Bo ktoś wpadł. Lecą. Leży. —
A... tu noc... tu świecą. Tego... a! — Gra. A ten szczerzy zęby. Do gęby tego.
Co gra Obertasa „Kaśka, Maryśka”. Ten od teczki, śmiejący się, gada do
grającego. Grający gra. Przerywa. Do śmiejącego. Coś. Gada. Gra. Tamten
coś do niego. Ten gra. Obficie. Skończył. Nie zbiera pieniędzy. Po takich
zbiegach wypadków... Już jest w drzwiach. Nagle podpity. Mu:
— co pan gra? co? co pan gra? żebranina
— panie, za Niemców mnie nie zmusili do pracy i teraz mnie nie zmuszą
— poszedłby pan do pracy, jeszcze pan może...
— cooo... mam swoje sześćdziesiąt! — (a nieprawda)
Nagle kobieta woła:
— o! leży drugi na peronie!
Aż i ja dopadłem okna. Oni przede mną. Falenica. Leży, leży. Pod białym
papierem. Dużym ( nic nie widać). Ci z drugiej strony przedziału nie dowie-
rzają. Podpity informuje:
— no leży, przykryty gazetą
— nie gazetą, a papierem
— chachacha! — przedział na to
Jednak zdenerwowani. Palą. Ta pani wyciąga papierosa. Pali. Ja też (Bo i
bez tego.)
— co za fortunowa jazda!
Tamci (z przeciwka) nie do końca wierzą. Podpity dowodzi:
— tak, rąbanka leży... a co może leżeć pod papierem na dwa metry? co?
cielak?
Nareszcie zgoda. Wiara. I że fart.
Pijak mówi:
— jeszcze będzie trzeci
Nie chcą. On grozi. Grajek zniknął. W Józefowie druga kobieta z tamtych
okien woła:
— o, trzeci! leży
Wszyscy w tamte okna. Ja też. Teraz my nie wierzymy. Patrzymy,
patrzymy. Jeden pan pół z uśmiechem mówi:
— e, niee, ten się rusza
Jedziemy już. Faktycznie się ruszył.
— ruszył się
— żywy
— pijany
— ach...no tak — wszyscy się uspokajają.
Podpity wstał. Do drzwi
— lepiej wysiąść wcześniej, radzę, to pechowy kurs
— idź pan, co pan— śmieją się, krzyczą, podejrzewają
— radzę wysiąść! przed Otwockiem, ja tam wysiadam.
— co pan straszy, co pan straszy — palą.
Wysiadł w Świdrze.
Oczywiście w obydwu miejscach, gdzie byłem, w Otwocku, naopowiadałem
się, co było. Pod noc wracałem. Coś czułem. Naprzód. Że w Falenicy. Niby.
Wychodziło na to zresztą, że nic z tego. Tyle godzin. Gdzie by leżał! Ale sam
peron. A teraz, w odwrotną stronę, będzie bliżej. Ten peron. Okna. I jeszcze
pomyślałem sobie, że skoro taki duży biały papier. Pewnie z bufetu. Ale go
nie rzucą nigdzie, tak, ani nie wyrzucą. A że on leżał blisko dworca, pod
ścianą. To papier na pewno jest. Złożony. Wetknięty w szparę, w kąt, blisko.
Uważałem. Stałem w oknie. Wypatrzyłem. Sam cieszyłem się z odgadnięcia, i
z siebie, że czego mi się chce, ale że jestem ponad to w sobie. Czyli — stać
mnie na to. Peron był oświetlony. Papier był wetknięty (złożony) w szparę
muru koło rynny i nieczynnych drzwi.
|