::: ogółem 2617684, dzisiaj 965 odsłon strony :: aktualnie 8 osób przegląda stronę :: w ciągu ostatniej doby 99 unikalnych odwiedzin ::: 
aktualnościpoezjaprozateatrgaleriarękopisy
wywiadyo mironieksięga gościbłahostkidodajlinkownia

Jazda do Otwocka

                                                                                      czerwiec 1963


   Raz jechałem do Otwocka( 4 czerwca, wczoraj). Ledwie pociąg ujechał 
Stadion i rusza dalej, aż tu lecimy na siebie. Już zahamował. A że się 
zmiarkował. Bo co? Trzask! trzask! wychylamy się oknami, z mowami: co? 
kto? Ktoś, pod (ten nasz). Ale z domysłami. Wypadali. Zastawiali miejsca 
teczkami, torbami albo z rezygnowaniem .Ja stoję. Ci polecieli. Ten pijany–
podpity zastawił na oknie, poleciał. Bo już wypatrzyli:
   — wleciał
   — lecę wyciągnąć!
   — no leży — mówią, powtarzają, pokazują, na peron
   — ale jak wleciał, że aż nogami prawie pod przód pociągu
   — ale że tak zahamował
   — więcej miał szczęścia jak rozumu.
   Mnie tu każą siadać:
   — siadaj pan, wolne, widzisz pan, polecieli — siadam, siedzę — wrócili 
tamci, ten podpity od teczki i ci; ten staje u okna. Jeszcze jeden — też 
z tych — wraca, to jego teczka, bo tamten mu ustąpił, znajomy.
   — a ten pan?
   — z ta panią...
   Odezwała się coś o tym wyciąganym. Ja też coś.
   Okazało się — to jej mąż. Ten z teczką. nie ten w oknie. Ale i tak nic (nie 
ma tu do zrozumienia). Wszyscy chcieli ze wszystkimi, najwięcej nasz 
podpity: 
   — żołnierz — (bo wpadł żołnierz) — aaa... no wyciągałem... nogi mu 
wpadły, ale jak on się tam przedostał, o, głowa ledwie przeszła — i powtarza, 
i znów — o! zegarek, pasek mi pękł przy tym wyciąganiu, ale mu nic tam 
chyba nie jest, chyba żebra, za to to ręczę, oczy w słup, ale tak to cały, no, 
chyba nic, pewnie nic, zaraz go nieśli
   — a mówił co?
   — nie, oczy w słup, o tak, pewnie żebra, albo i to nie, zaraz go podprowa-
dzili tu na komisariat na peronie...
   — co tam wiadomo, jak oczy w słup
   — e, jakby ci, toby co, a tak, to sam szedł, znaczy, prowadzili go
   — co pan, panie... sam szedł! czterech go niosło, widziałem
   — co pan mi mówi, ja go wyciągałem; pan widział — (to do drugiego), 
ja wyciągałem, byłem przy tym, pasek mi pękł, o! od zegarka, sam tam 
byłem, znalazł się! patrzcie! widział, że nieśli!... ja niosłem, owszem, na 
peron to żeśmy go wynieśli, ale dalej sam...
   — co tam dalej, czterech go niosło, oczy w słup, i sam dalej! też pan, panie
   — panie, tam oczy w słup, z samego strachu
   — jakby mu wlepili, toby się poderwał
   — to co, będzie siedział?
   — tam będzie siedział, wiadomo, czy żyje?
   — nie żyje, nie żyje, sam go wyciągałem
   — dużo pan wie
   — pijany musiał być
pijany–podpity na to , i ode mnie , i od tej pani:
   — a co, trzeźwy to nie wpadnie?
   — wpaadnie — potakuje ta pani
   — za pijanym diabeł chodzi — mówi podpity i nachyla się do mnie — za 
pijanym diabeł chodzi
   — w saperkach był... wyciągali go, postawili, oczy w słup i się przewrócił... 
wiadomo co? ale pewnie nic, pijany...
   Rozsuw drzwi, z zamachem. Skrzypce. Ten od teczki głupio w śmiech, ten 
siedzący, ten podpity, objaśnia. Pan. Starszy. Skrzypek. Kolejowy. „Szła 
dzieweczka do laseczka”. Nie pamiętam: drugie, trzecie? Czwarte „Budiet 
słońce.” Ten szczerzy zęby i szczerzy. Od teczki. Ten gra. Ten gada:
   — w saperkach, sam wyciągałem
   — a co? — pyta ten, co gra
   — wpadł żołnierz... — i opowiada. Ten dokłada. Ten dokłada. Skrzypek nie 
przerywa. Dopytuje się. Mówią mu i mówią. Dogrywa. Przerywa. Melodię. 
Sam opowiada. Jak to kiedy indziej. Też jechał. Nagle pociąg podskakuje, 
staje jak wryty. Ano ktoś pociągnął za hamulec. Bo ktoś wpadł. Lecą. Leży. — 
A... tu noc... tu świecą. Tego... a! — Gra. A ten szczerzy zęby. Do gęby tego. 
Co gra Obertasa „Kaśka, Maryśka”. Ten od teczki, śmiejący się, gada do 
grającego. Grający gra. Przerywa. Do śmiejącego. Coś. Gada. Gra. Tamten 
coś do niego. Ten gra. Obficie. Skończył. Nie zbiera pieniędzy. Po takich 
zbiegach wypadków... Już jest w drzwiach. Nagle podpity. Mu:
   — co pan gra? co? co pan gra? żebranina
   — panie, za Niemców mnie nie zmusili do pracy i teraz mnie nie zmuszą
   — poszedłby pan do pracy, jeszcze pan może...
   — cooo... mam swoje sześćdziesiąt! — (a nieprawda)
   Nagle kobieta woła:
   — o! leży drugi na peronie!
   Aż i ja dopadłem okna. Oni przede mną. Falenica. Leży, leży. Pod białym 
papierem. Dużym ( nic nie widać). Ci z drugiej strony przedziału nie dowie-
rzają. Podpity informuje:
   — no leży, przykryty gazetą
   — nie gazetą, a papierem
   — chachacha! — przedział na to
   Jednak zdenerwowani. Palą. Ta pani wyciąga papierosa. Pali. Ja też (Bo i 
bez tego.)
   — co za fortunowa jazda!
   Tamci (z przeciwka) nie do końca wierzą. Podpity dowodzi:
   — tak, rąbanka leży... a co może leżeć pod papierem na dwa metry? co? 
cielak?
   Nareszcie zgoda. Wiara. I że fart.
   Pijak mówi:
   — jeszcze będzie trzeci
   Nie chcą. On grozi. Grajek zniknął. W Józefowie druga kobieta z tamtych 
okien woła:
   — o, trzeci! leży
   Wszyscy w tamte okna. Ja też. Teraz my nie wierzymy. Patrzymy, 
patrzymy. Jeden pan pół z uśmiechem mówi:
   — e, niee, ten się rusza
   Jedziemy już. Faktycznie się ruszył.
   — ruszył się
   — żywy
   — pijany
   — ach...no tak — wszyscy się uspokajają.
   Podpity wstał. Do drzwi
   — lepiej wysiąść wcześniej, radzę, to pechowy kurs
   — idź pan, co pan— śmieją się, krzyczą, podejrzewają
   — radzę wysiąść! przed Otwockiem, ja tam wysiadam.
   — co pan straszy, co pan straszy — palą.
   Wysiadł w Świdrze.
   Oczywiście w obydwu miejscach, gdzie byłem, w Otwocku, naopowiadałem 
się, co było. Pod noc wracałem. Coś czułem. Naprzód. Że w Falenicy. Niby. 
Wychodziło na to zresztą, że nic z tego. Tyle godzin. Gdzie by leżał! Ale sam 
peron. A teraz, w odwrotną stronę, będzie bliżej. Ten peron. Okna. I jeszcze 
pomyślałem sobie, że skoro taki duży biały papier. Pewnie z bufetu. Ale go 
nie rzucą nigdzie, tak, ani nie wyrzucą. A że on leżał blisko dworca, pod 
ścianą. To papier na pewno jest. Złożony. Wetknięty w szparę, w kąt, blisko. 
Uważałem. Stałem w oknie. Wypatrzyłem. Sam cieszyłem się z odgadnięcia, i 
z siebie, że czego mi się chce, ale że jestem ponad to w sobie. Czyli — stać 
mnie na to. Peron był oświetlony. Papier był wetknięty (złożony) w szparę 
muru koło rynny i nieczynnych drzwi.
      
      



czytano 1885. raz(y)
ulubiony wiersz - głosuj


komentarze i interpretacje [dodaj...]
reklama

 :: polecamy
 :: doszukaj

 :: najpopularniejsza poezja
wiersz
Wywiad
cykl
Kabaret Kici Koci
tomik
Obroty rzeczy

 :: Białoszewski najtaniej
lideria.pl
Chamowo
wygenerowano w 0.138 sek. | engine&gfx © 04-07
zawarte materiały są chronione prawem autorskim