Z zielonego lasów pierza
prowadzi chłop zwierza.
Idzie koń! Idzie koń!
W dziurawym cieniu liści — gniady,
w kalinowej lampie — cały blady,
na paprociach srebrny,
po łące — zesiwiał.
Taki koń! Taki koń!
Wiedzie chłop
jego bok.
Koń widokiem kiwa.
Góry, doły
do ich koła —
druga końska głowa.
Takie doły! Takie góry!
Każda góra
przy lazurach.
Jedna jest nie byle która,
ma na sobie Krosno,
tam od rana
wielki jarmark
łyska się i łyska.
Do niej koń! Do niej koń!
W drodze kamień Kamieńca
w lewych, prawych odmieńcach,
w czerwonych rumieńcach.
W jednym przegubie
gorzelnia kipi,
wlewa do wody
okowitę.
Wypił ją koń.
Upił się koń.
Leży na trawie.
W boku ma banię.
Chłop myśli: wieczne spanie.
Odarł go ze skóry
i odszedł ze skórą
do krośnieńskiej góry.
Odarty koń!
Odarty koń!
Zerwał się koń.
Czerwony latał.
Widzieli z murów.
Wchodzili na jabłoń.
Stali na skale Kamieńca.
Wołali ODRZYKOŃ! ODRZYKOŃ! |